wtorek, 25 lipca 2017

Grumpy Cat po szwedzku.

Długo trzeba było czekać na pojawienie się "Mężczyzny imieniem Ove" w naszych kinach. Ten szwedzki film, nominowany do Oscara m.in. w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny” miał swoją światową premierę już w końcówce 2015 roku. Bardzo cieszę się, że w końcu dotarł i do nas, bo choć ze Szwecji, czyli z niedaleka, nim trafił do polskiej dystrybucji zdążył zachwycić cały świat, zgarniając chociażby Europejską Nagrodę Filmową w kategorii „najlepsza komedia”. Komedia jednak to słowo zdecydowanie nieodpowiednie dla tej produkcji.

Ove ma niecałe 60 lat, wygląda jednak dużo starzej. Jego dni sprowadzają są do prostej rutyny: poranny obchód po swoim osiedlu domków jednorodzinnych, praca na kolei, kupno kwiatów i spacer na cmentarz, gdzie leży jego niedawno zmarła żona Sonja. Mężczyzna jest gburowatym, krzykliwym jegomościem – nikt nie chciałby obok niego mieszkać. Ma dość wszystkiego i wszystkich, strofuje każdego kto wejdzie mu w drogę, narzeka na łamanie zasad, lenistwo, sąsiadów. Kiedy zostaje zwolniony bezpowrotnie traci radość życia i chce jak najszybciej zejść z ziemskiego padołu, by móc połączyć się ze swoją ukochaną. Problem w tym, że ciągle ktoś mu w tym przeszkadza. Na jego osiedlu pojawia się młode małżeństwo z dwójką dzieci, które próbuje przebić się przez skorupę i dotrzeć do, dobrego w gruncie rzeczy, serca staruszka.


Film sam w sobie jest niezwykle szwedzki, pokazuje typowy dla tamtego kraju sposób postrzegania różnych kwestii. Dodatkowo podejmuje, z przymrużeniem oka oczywiście, tematy aktualne dla współczesnego świata, takie jak równouprawnienie, niepełnosprawność. Wielość wątków i postaci pojawiających się w trakcie seansu w niczym jednak nie przeszkadza, stanowi bardziej ciekawe tło dla perypetii głównego bohatera. Postaci drugoplanowe są barwne, ale nie przytłaczają roli Ovego, który portretowany jest wręcz bezbłędnie przez Rolfa Lassgårda. Komediowe elementy wprowadzane są naturalnie, nie wpycha się nam tu na siłę zbędnych gagów, za co bardzo jestem reżyserowi wdzięczna. 

Ważne jest jednak to, by pod warstwą żartów o przewadze Saaba nad Volvo dostrzec prawdziwe przesłanie filmu. Dzięki nowej sąsiadce, Parvaneh, odkrywamy prawdziwą historię Ovego, jego zawiłe losy i tragiczną przeszłość, która przyczyniła się poniekąd do jego gderliwości. Zagłębiając się stopniowo w jego opowieść zdajemy sobie sprawę, że bardzo łatwo nam było ocenić mężczyznę po pozorach, nie zdając sobie sprawy jak mocno doświadczyło go życie. Wyznający twarde zasady, nauczony przez los mężczyzna, jak sam mówi, "nie potrafi zapanować nad chaosem" kiedy jego żony z nim już nie ma. Jego świat, tak oczywisty i sprowadzony do żelaznych reguł, po śmierci Sonji runął w gruzach a wokół nie ma nikogo, kto by mu te nowe realia objaśnił. 

Cały seans ma oczywiście komediowy wydźwięk, nie oferuje nam jednak oczekiwanego happy endu. W ciekawy i na pewno nieoczywisty sposób kreśli historię głównego bohatera i jego relacje z otaczającymi go ludźmi i stanowi interesujące spojrzenie na samotność wśród starszych ludzi. Skandynawskie kino po raz kolejny mnie nie zawiodło!

poniedziałek, 17 lipca 2017

Was he slow?

Nadeszło lato a Edgar Wright po raz kolejny postanowił nas uraczyć swoim dziełem. Twórca "Scotta Pilgrima" nie należy raczej do "gigantów" kina, lecz ma w sobie "to coś", co przyciąga jego fanów, swój niepowtarzalny styl, który tym razem możemy sprawdzić w filmie o wdzięcznym tytule "Baby driver".

Już sam plakat przywodzi mi na myśl tematykę wyścigów samochodowych, gdzie buzuje adrenalina, pełno jest męskiej rywalizacji i przez dwie godziny piszczą opony. Nie mijam się tu z prawdą, bowiem wokół aut i pościgów akcja "Baby drivera" jest zbudowana, niemniej, nie stanowi to clue filmu. Bohaterem jest młody chłopak o imieniu zasugerowanym przez sam tytuł. Baby ma fioła na punkcie muzyki i jazdy samochodem. Spacerując w rytm puszczanych z iPoda piosenek stara się zagłuszyć szum w uszach, który powstał na skutek wypadku drogowego. Niestety, w młodości wpadł w niemałe tarapaty, których konsekwencje ponosi do dziś. Spłacając swój dług u groźnego mafioza nasz bohater marzy o życiu bez zmartwień, podróżach bez końca z muzyką w głośnikach. Gdy w jego życiu pojawia się piękna dziewczyna, Baby jeszcze mocniej pragnie skończyć z kryminalną przeszłością. Nie jest to, jak wiadomo, takie proste, a chłopak zostaje wrobiony w napad, który wydaje się niemożliwy do wykonania.


To kolejna pozycja kinowa z ostatnich tygodni igrająca z gatunkiem heist movie i nadająca całości komediowego klimatu. Postaci, zarówno Baby jak i towarzyszący mu bohaterowie drugiego planu są barwni i nietuzinkowi, z lekka przerysowani. Każda z osób ma własny plan na życie, własny świat. Jon Hamm czy Jamie Foxx w roli bezwzględnych kryminalistów wypadają bardzo przekonująco. Wątek miłosny czy zemsty są przedstawione w sposób przesadzony, jednak wynika to z konwencji jaką narzuca filmowi reżyser. Co więcej, muzyka to element kluczowy dla całego filmu, bowiem dyktuje ona nie tylko rytm życia Baby'ego, ale też chociażby szybkość wystrzeliwanych nabojów bądź sposób podawania kawy czy smarowania chleba. Przeróżne kawałki puszczane z odtwarzacza sprawiają, że noga sama zaczyna stukać w rytm piosenek. Ten ciekawy motyw z pewnością dodaje energii i nadaje prędkość całemu obrazowi. 

Nie będę jednak ukrywać, że "Baby driver" to film o nieskomplikowanej fabule, która podkręcana jest co rusz efektownymi pościgami samochodowymi. Owszem, robią one wrażenie, jednak w pewnych momentach odczuwa się zmęczenie a sama produkcja gubi rytm. Sceny dialogowe nie są zbyt ambitne, a niektóre ze scen dłużą się niemiłosiernie. Po pewnym momencie chciałam, żeby film już się skończył, lecz w momentach (naliczyłam trzy), w których powinno się to stać bez szkody dla całości, reżyser dokładał kolejne elementy, rozciągając historię do prawie dwóch godzin. Wprawiło mnie to w irytację, ponieważ Wright za wszelką cenę chciał pokazać wszystko, co miał w zamyśle. A te 20 minut naprawdę wyszłoby mu na dobre.

"Baby driver" to gratka dla miłośników muzyki i dobrego montażu. Ciekawie nakręcone sceny robią wrażenie, a pościgi są efektowne. Fabuły nie należy traktować w 100% serio. Luźny klimat wprowadza fajny, lekki nastrój i należy docenić reżysera za podjęcie trudu i stworzenie takiego filmu w czasach wielkich hollywoodzkich produkcji pełnych efektów specjalnych. Niemniej, samo zakończenie pozostawia wiele do życzenia, a wiele ze scen ciągnie się zaburzając tempo akcji. Jestem jednak przekonana, że fani Wrighta na pewno będą zadowoleni z seansu.

niedziela, 9 lipca 2017

Jak obrabować bank z ósmym krzyżykiem na karku.

Nakręcić prawdziwie zabawną komedię to nie lada sztuka. Zwłaszcza jeśli myślimy o kinie amerykańskim, nierzadko pełnym tandetnych efektów, slapstickowych żartów i wiecznie powracających motywów, które momentami są zwyczajnie żenujące. Bardzo ciężko jest też mi polubić filmy, które w rolach głównych mają znanych i cenionych aktorów starszego pokolenia, którzy wygłupiając się i przybierając stereotypowe komediowe role "śmiesznych staruszków" próbują pociągnąć jeszcze jakoś swoją karierę. Na przedpremierowy seans "W starym dobrym stylu" Zacha Braffa (znanego z "Powrotu do Garden State") wybierałam się więc, przyznam się szczerze, wyłącznie z powodu brzydkiej pogody, która przegoniła mnie do kina. Teraz jednak mogę powiedzieć, że nie był to wcale czas stracony.

Historia nie należy do skomplikowanych: trzech przyjaciół z pracy, na skutek korporacyjnych przekrętów i nieoczekiwanych zmian, traci swoje emerytury. Jest to informacja druzgocąca, bowiem nawet z pieniędzmi na koncie nie żyło im się lekko. Willie (Morgan Freeman), Joe (Michael Caine) i Albert (Alan Arkin) stają więc przed nie lada problemem. Jeden z nich, będąc świadkiem napadu na bank wpada na genialny pomysł i w ten sam sposób chce odzyskać utracone emerytury. Koledzy przystają na ten szalony pomysł, a dalej fabuła toczy się już w myśl znanego schematu.


Można dopatrywać się tu społecznej refleksji na temat służby zdrowia czy też amerykańskiego systemu emerytalnego, który, oczywiście, zawodzi głównych bohaterów, nie to jednak jest clue "W starym dobrym stylu". Od tego filmu nie można oczekiwać niczego poza rozrywką. Mamy tu do czynienia z trzema wybitnymi aktorami, którzy, choć po osiemdziesiątce, starają się wykrzesać z siebie jak najwięcej. Każdy z nich zachowuje dobrze znane widzom elementy swojego stylu. I choć, tak jak wspomniałam, nie jestem fanką starszych artystów próbujących fikać na ekranie i udawać, że się ma mniej lat niż w rzeczywistości, w tym wypadku nie ogląda się tego źle. Wybrana przez Braffa trójka tworzy na ekranie fajną ekipę przyjaciół, którzy znają się od lat i zrobią dla siebie wszystko. Postaci drugoplanowe nie mają tu za dużo do powiedzenia, ale to również nie przeszkadza, widz bowiem ma skupić się na trójce starszych kolegów i ich perypetiach. Nie ma tu, na szczęście gagów z wymiotowaniem, odchodami, itp., można nawet stwierdzić, że panowie niejako akceptują ograniczenia jakie stawiają im ich ciała i nie walczą z nimi za wszelką cenę. Historia momentami nieco się przedłuża i mogłaby skończyć się kwadrans wcześniej, ale nie jest to wielki minus filmu. Kryminalna intryga bardzo szybko rozwija się jak w typowym heist movie, z tym, że osoby, które są w nią uwikłane nie mają o tym zielonego pojęcia (przez co oczywiście ładują się w nie lada kłopoty).

"W starym dobrym stylu" jest więc lekkim, sympatycznym filmem na pochmurny lipcowy dzień, który w nieprzymuszony sposób wywołuje uśmiech na twarzy. Aktorzy nie napinają się, nie udają, że uczestniczą w oscarowym filozoficznym dziele, nikt nie obiecuje tu metafizycznych uniesień, ale też nie zniża się z żartami do poziomu podłogi. Otrzymujemy pogodną produkcję o trzech staruszkach grających w bingo wplątujących się w akcję rodem z "Ocean's eleven".