wtorek, 13 września 2016

What next, Mr Allen?

Gdy reżyser wyrabia sobie pewną renomę, jego nazwisko mówi samo za siebie i jak magnes przyciąga do kin tłumy. Jest klasą samą w sobie. Często też służy jak przynęta na ulotkach, która wabi co niektórych mało zorientowanych widzów. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ jednym z takich nazwisk jest Woody Allen. Nasz poczciwy osiemdziesięcioletni nowojorczyk nie zwalnia tempa, co roku serwuje nam coraz to nowsze obrazy i dzieli widzów na tych, którzy reżysera kochają i tych, którzy już dawno widzieliby go na emeryturze.

Ja zdecydowanie zaliczam się do tej drugiej części widowni. Po seansie „Nieracjonalnego mężczyzny” obiecałam sobie, że na kolejny film już się nie wybiorę. Obietnicę jednak złamałam i w weekend wybrałam się na głośno zapowiadaną „Śmietankę towarzyską”. Cóż... seans ten można sobie zdecydowanie darować.

Ameryka. Lata 30. Zahukany nowojorczyk Bobby Dorfman (Jesse Eisenberg) udaje się do Los Angeles, by u boku wuja (Steve'a Carella), grubej ryby w świecie filmu, rozpocząć swoją karierę. Zakochuje się bez pamięci w sekretarce Vonnie (Kristen Stewart), jednak ta jest już zajęta. Bobby nie ustaje w swoich zalotach, przez co dziewczyna stanie przed nie lada wyborem.

Pierwszą rzeczą, na którą trzeba zwrócić uwagę są bardzo udane ujęcia, które zdecydowanie umilają seans. Niemniej, niektóre z nich jawnie pokazują użycie zielonego ekranu. Tło historyczne, choć interesujące, nakreślone jest dość słabo, bowiem wspomina się o nim głównie w kontekście ówcześnie występujących aktorek. Historia zapowiada się prosto, acz ciekawie – trochę romansu, satyry i humoru. Problem w tym, że Kristen Stewart nie potrafi wykrzesać z siebie absolutnie żadnej energii. Eisenberg dwoi się i troi, gra w sposób niezwykle ujmujący, jednak aktorka znana ze „Zmierzchu”, cóż... na etapie „Zmierzchu” chyba się zatrzymała. Brak chemii między bohaterami potęgują dialogi, które brzmią jak wydarte ze złotych myśli gimnazjalistki. Do tego co jakiś czas głos Allena informuje nas o przebiegu fabuły – narrator niestety jest tu kompletnie niepotrzebny i umyka widzowi w trakcie seansu.

W międzyczasie Allen dorzuca liczne postaci i wątki poboczne, które, mimo że ciekawe i potraktowane z humorem, niespecjalnie pasują do głównej osi filmu. Mamy do czynienia z żartami o Żydach, parodią filmów gangsterskich, lewicowymi rozważaniami na temat egzystencji człowieka.... czy nie za dużo aby tego? Bohaterowie poboczni są niezwykle barwni i zabawni, bardzo dobrze odgrywają swoje role. Nie ukrywam jednak, że często odwracali oni moją uwagę od wątku Bobby'ego i Vonnie.

Tytułowa „śmietanka” jest zaledwie przez Allena muśnięta, choć przez cały film bardzo czekałam, aż temat zostanie pogłębiony. W końcu na tym (a przynajmniej tak mi się zdawało) opiera się cały pomysł obrazu! Niepoprawny młody romantyk vs. podstarzały biznesmen. Eisenberg i Stewart krytykują elity, chcą skupić się na tym co jest tu i teraz, na miłości, duchowości. Czas pokazuje jednak ich okrutną hipokryzję – oboje sami stają się tym, czym najbardziej gardzili. Wybierają komfort i pieniądze, dołączają do „café society” i udają, że ich życie to teraz bankiety, drogie suknie i drinki w nocnych klubach. Wątpliwości dziewczyny nad wyborem tego jedynego również potraktowane są po macoszemu – w łaściwie cała idea filmu zostaje wyjaśniona w paru zdaniach dopiero pod koniec filmu.


Śmietanka...” okazuje się więc być filmem przewidywalnym, wzbudzającym uśmiech, lecz nie pozwalającym na głębszą refleksję. Ciekawe rozterki o tym czy lepiej „być” czy „mieć” stłumione zostały korowodem głośnych postaci drugoplanowych i dialogami prosto od Paulo Coelho. Dobrze jednak, że Allen nie pojawił się na ekranie – znalazł sobie idealne zastępstwo, Jessego Eisenberga, który w tym natłoku wątków wypada zdecydowanie najkorzystniej.

piątek, 2 września 2016

Tunezyjskie cierpienia młodego Wertera.

Tunezja, echa rewolucji z roku 2011. Młody mężczyzna o imieniu Hedi pomału przygotowuje się do swojego ślubu. Ślubu z kobietą, z którą przez trzy lata spotykał się wieczorami w swoim samochodzie i zamieniał z nią zaledwie parę słów. Hedi jest przedstawicielem handlowym Peugeota i przed uroczystością musi wyjechać służbowo do innego miasta, gdzie widać prawdziwe oblicze Tunezji. Puste hotele, bezrobocie, brak jakichkolwiek perspektyw na przyszłość. Sfrustrowany Hedi jeździ od klienta do klienta, mając świadomość, że jego wysiłki są bezowocne.

To co jako pierwsze zwraca uwagę to relacje międzyludzkie ukazane w filmie. Presja ze strony rodziny jest ogromna – chłopak wciąż przyrównywany jest do brata Ahmeda, który w oczach matki jest chodzącym ideałem. Kobieta  wydaje się jednak nie zauważać, że jej starszy syn od lat mieszka we Francji z nieakceptowaną przez tunezyjską społeczność żoną i ogranicza swoje wizyty do minimum. Hedi jest wiecznie spięty, ponury, automatycznie robi to, co mu się każe. Odbiera się go jako antypatycznego gbura, bo nawet w scenach z narzeczoną nie potrafi wykrzesać z siebie więcej niż jedno czy dwa zdania. 

Hedi spędza więc większość swojego wolnego czasu w ośrodku wypoczynkowym, gdzie poznaje animatorkę Rym. Scena ta jest kolejną, nad którą warto się pochylić (w odniesieniu do moich poprzednich refleksji), mężczyzna bowiem opowiada kobiecie kłamstwo, z którego potem mocno się tłumaczy – tak jakby matka stała z boku gotowa do skarcenia młodszego z synów. Niemniej, sceny z nowopoznaną Rym pełne są seksualnego napięcia. Równocześnie widz zauważa, że oboje czują się swobodnie w swoim towarzystwie. Dopiero tu można zobaczyć, że Hedi się uśmiecha, rozmawia, ma zainteresowania i swoje zdanie. Jest rozluźniony, szczęśliwy i widzi, że w przeciwieństwie do swojej narzeczonej, relacja z kobietą jest prawdziwa i szczera. Rym otwiera mu oczy na życie i sprawia, że mężczyzna spojrzy na nie z zupełnie innej perspektywy.

Pomiędzy scenami w hotelu i w domu rodzinnym widać niesamowity kontrast – aż do samego końca nie wiemy jednak, którą drogą podąży mężczyzna. W międzyczasie poznajemy trochę lepiej Tunezję jako kraj kryzysu – delikatne wstawki o protestach czy o bezrobociu nie przeszkadzają tak naprawdę w odbiorze, lecz pozwalają zrozumieć motywacje głównych bohaterów. Sekwencja finalnej konfrontacji z rodziną jest niezwykle silna i emocjonalna. Hedi pozbywa się psychicznego balastu, który męczył go przez lata, stawiając jednocześnie swoje życie na ostrzu noża. Zakończenie jednak wymyka się oczywistościom, których można było się spodziewać – to taki trochę psikus ze strony reżysera, który chce pokazać, że życie może zmienić się w okamgnieniu.



Hedi” nie wydaje rozkazów, nie pokazuje jednej właściwej drogi. W niezwykle subtelny sposób przekazuje sposoby postrzegania świata przez różne osoby. Nie ma w tym filmie postaci, której w jakiś sposób byśmy nie współczuli. Tu nie ma złych i dobrych. Są zagubieni ludzie próbujący przetrwać w niezwykle konserwatywnym społeczeństwie, pełnym uprzedzeń, religijnych zasad i obezwładniających nakazów. To cichy i spokojny dramat psychologiczny, w którym relacje międzyludzkie są ukazane w swojej skomplikowanej okazałości. Nie jest to arcydzieło stulecia, niemniej, „Hedi” to film wart uwagi.