wtorek, 27 grudnia 2016

Kosmiczne pitu-pitu.

Dennis Villeneuve zachwycił mnie swoim brutalnym i szczerym "Sicario". Jego przenikliwość i umiejętność zgłębienia psychiki bohatera to cecha, której ostatnio dość rzadko doświadczałam w filmach. Tym chętniej ruszyłam więc do kina na nowy twór reżysera z Kanady, "Nowy początek".

Fanką sci-fi jako takiego nie jestem, mam jednak świadomość, że gatunek ten jest niezwykle ciekawy sam w sobie i można go przedstawić w naprawdę interesujący sposób. Po trzymającym w napięciu opisującym kartele meksykańskie "Sicario" "Nowy początek" jawi się więc jako niemałe wyzwanie dla Villeneuve. Amy Adams w roli głównej tym bardziej zachęca do obejrzenia filmu - po "Zwierzętach nocy" chyba nie ma wątpliwości, że aktorka ta ma teraz swoje pięć minut, które wykorzystuje w stu procentach. Fabułę oparto na opowiadaniu Teda Chianga "Story of your life": na Ziemię przybywają nieznani przybysze z kosmosu. Ich pojawienie się w kilku ważnych miejscach na świecie wywołuje niezwykłe poruszenie i rodzi oczywiste pytanie - jakie są zamiary obcych? Do rozwikłania zagadki wojsko werbuje niezwykle uzdolnioną panią profesor (graną przez Adams), która jako ekspertka od lingwistyki ma za zadanie nawiązać komunikację z kosmitami. Choć wydaje się to niewykonalne, jej ponadprzeciętne umiejętności okażą się być, dosłownie, zbawienne dla całej ludzkości.

Film rozwija się niezwykle... powoli. Akcja wlecze się w żółwim tempie i, chociaż posuwamy się w fabule, mamy wrażenie, że nic interesującego się nie dzieje. I nie, nie chodzi mi o to, że z ekranu mają strzelać fajerwerki a kosmici mają napieprzać się dziwną bronią z ludźmi. W tym filmie mam jednak odczucie jakoby reżyser chciał za wszelką cenę przedstawić nam jakąś układankę i rozkładał ją przed nami tak powoli, że aż sam się nią znudził. To, co powinno być zgłębione, zamyka się w kilku scenach, a to, co mogłoby zostać na drugim planie, rozciągnięte jest do granic możliwości. 

Bardzo raziła mnie niesamowita stereotypizacja zachowań i postaci. Chiny i Rosja to oczywiste czarne charaktery, które zagrażają bezpieczeństwu świata. Jak dobrze, że na horyzoncie zostaje jeszcze poczciwa dobra Ameryka Północna, która niesie pomoc ludzkości. Forest Whitaker, świetny aktor, został sprowadzony do roli wojskowego, który sam za bardzo nie wie o co chodzi w jego misji, toteż sceny z jego udziałem wnoszą do fabuły niewiele. Jeremy Renner partnerujący głównej bohaterce ma ją wspierać i, jako fizyk, poddać ocenie zachowania obcych - jego rola jest więc niezwykle istotna. Co robi Renner w filmie? Miota się po ekranie zgadując o co może chodzić przybyszom i przy okazji nieudolnie podrywając Adams. 

I to jest jeden z poważniejszych zarzutów, który kieruję do tego filmu. Absolutna naiwność i brak logiki. Film sci-fi oparty na zgadywaniu i wymyślaniu "a w sumie może o to chodzi...". W pewnym momencie dochodzi do kontaktu ludzi z obcymi, który, jak zakładałam, jest punktem kluczowym filmu. Kwestia komunikacji zostaje jednak potraktowana po macoszemu! Gdzie analiza? Gdzie zgłębienie badań jakich musieli się podjąć eksperci, by chociaż zacząć próbować rozumieć co przekazują im kosmici? Jak na niezwykle istotną kwestię otrzymujemy tyle, co kot napłakał. "Nowy początek" wykorzystuje znane motywy science-fiction takie jak np. nielinearne postrzeganie czasu przez obcych czy też pojawianie się kosmitów na Ziemi w celu nawiązania współpracy z ludźmi. Nie jest to jednak podane w sposób spójny i logiczny. Amy Adams w magiczny (dosłownie) sposób ratuje świat, reżyser jednak nawet nie zająknął się na temat tego jak jej się to udaje. Uch...

Soundtrack tak naprawdę dość mocno męczy, jest niespójny, wręcz gryzie się z obrazem (zdjęciom nie mam nic do zarzucenia). Nie znajduję w nim nic, co podnosiłoby wartość filmu. I przede wszystkim... jaki cel mają ostatnie sceny? 


Konkludując, "Arrival" sprzedaje się jako inteligentny ponad miarę obraz o komunikacji z obcymi cywilizacjami, pełen metafor i bystrych konceptów. Tak naprawdę jest to jednak zlepek różnych motywów, symboli i stereotypów, które tworzą typowy przerost formy ponad treścią.

piątek, 9 grudnia 2016

Koszmar latarnika.

Derek Cianfrance to reżyser, który wyraźnie umiłował sobie melodramaty. Jest to również jeden z moich ulubionych gatunków, jednakże w zalewie tanich romantycznych historii ciężko znaleźć jest prawdziwie dobrze zrobiony film tego typu. Reżyser, po "Blue Valentine" i "Drugim obliczu" tym razem zdecydował się na przeniesienie książki M.L.Stedman "Światło między oceanami". Pozycja w odbiorze jest dość przeciętna (nie wiem czy to nie w głównej mierze wina tłumaczenia), tym bardziej ciekawa byłam ekranizacji tejże opowieści.

Przyznam, że bardzo zrobiły na mnie wrażenie ujęcia oceanu i sceny kręcone na wyspie Janus. Latarnia jawi się tam jako oaza spokoju, ale też samotności. Daje schronienie Tomowi, jest jego ucieczką od społeczeństwa. Jako miłośniczka natury zostałam ujęta pięknymi zdjęciami wody i natury. W scenach z latarni zawiera się samotność i izolacja głównego bohatera, co stanowi miły kontrast dla ckliwej historii, wokół której kręci się cały film.


A jest ona prosta jak drut. Weteran I wojny światowej (Michael Fassbender) przyjmuje posadę latarnika. Zakochuje się w pięknej Isabel (Alicia Vikander), która niedługo później dołącza do mężczyzny na wyspie. Młoda para okazuje sobie miłość na każdym kroku. Niespodziewane wydarzenia na maleńkiej Janus wstrząsną małżeństwem i wystawią ich moralność na próbę. Reszta filmu spoczywa na głównie barkach Rachel Weisz, która występuje w drugoplanowej, aczkolwiek ważnej, roli. Losy trzech bohaterów splotą się nieoczekiwanie na całe życie i wywrócą je do góry nogami.

Poza trójką wymienionych wcześniej aktorów reszta wypada niezwykle bezbarwnie, nie wybijając się nijak ponad powierzchnię. Między bohaterami można powiedzieć, że istnieje jakaś chemia, nie jest ona jednak przedstawiona w bardzo realistyczny sposób. Aktorzy nie są w stanie zatrzymać mojej uwagi przez PONAD dwie godziny, przez co seans ciągnie się jak flaki z olejem (dosłownie), by zaserwować nam na koniec piękny łzawy widoczek. Połowa z końcowych scen mogłaby równie dobrze zostać wycięta i nie zmieniłoby to znacznie fabuły.

Historia sama w sobie jest niezwykle poruszająca i stanowi naprawdę ciekawą bazę. Mógł z tego wyjść dobry, wzruszający i przejmujący fobraz zgłębiający psychikę człowieka, dla którego miłość jest tylko tłem - umówmy się, nie o samo małżeństwo w tym filmie chodzi. Zamiast tego dostajemy na tacy miałki i do bólu przewidywalny film na pierwszą randkę. Ckliwość wylewa się na nas litrami, zasłaniając to, co powinno stanowić clue całej opowieści. Chętnie zobaczyłabym "Światło między latarniami" jako obraz zgłębiający ludzki charakter - jak postąpić w tak ekstremalnej sytuacji jaka występuje w filmie, jak żyć z kłamstwem, jak ocenić takiego człowieka z perspektywy moralności? Szkoda, że jedyne co Cianfrance wyciągnął z książki to słaby melodramat.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Szeregowiec Ryan naszych czasów.

Mel Gibson po raz kolejny dał o sobie znać i powrócił po latach z "Przełęczą ocalonych" ("Hacksaw Ridge"). Po 2 tygodniach od seansu nie jestem w stanie dokładnie określić czy jestem fanką tego pana czy też nie. A jego podobno albo się kocha, albo nienawidzi.

Film, oparty na prawdziwych wydarzeniach, dzieli się na dwie części. W pierwszej przedstawia dokładnie historię Desmonda Dossa (w tej jakże ważnej roli Andrew Garfield), młodego koleżki z Teksasu, który jest oddanym synem, bratem, człowiekiem niezwykle religijnym. Czasy niespokojne, bo to w końcu II wojna światowa. Ojciec Dossa (Hugo Weaving - jak dziwnie jest patrzeć na niego bez elfich uszu!) to weteran I wojny, który stracił na polu bitwy większość swoich przyjaciół. Jego powiernikiem staje się więc alkohol, co odbija się oczywiście na całej rodzinie. Jego agresja i nieobliczalność sprawiają, że w Desmondzie zagnieżdża się pogarda do broni i wszelkiego rodzaju przemocy. To w końcu przeciw przykazaniu Bożemu. Chłopak nie może bezczynnie siedzieć i patrzeć jak giną jego koledzy, zaciąga się więc do wojska, jednak nie ma zamiaru używać broni i zabijać wrogów. Jego wewnętrznym rozterkom towarzyszy piękna pielęgniarka Dorothy (bardzo stereotypowa zresztą). Jak można się spodziewać, przekonania Desmonda nie spotykają się z aprobatą innych żołnierzy. Chłopak wyrusza jednak na front do Japonii w roli sanitariusza. Tu wyraźnie pierwsza część oddziela się od drugiej, atakując nas zewsząd pourywanymi kończynami i ogromnym hałasem. Okinawa wydaje się nie do zdobycia, jednak heroizm Desmonda niejako przyczynia się do zwycięstwa Amerykanów.

To wszystko zostaje nam podane w tak pięknej i wyidealizowanej formie, że aż ciężko uwierzyć, że to Desmond Doss istniał naprawdę. Mam naprawdę dość spory problem z oceną tego filmu, ponieważ pierwsza część jest tak przesłodzona, że aż nudna i nierealistyczna. Andrew Garfield raczej nie wspina się na wyżyny aktorstwa i przez cały film jest mi raczej obojętny. Hugo Weaving wypada całkiem przekonująco, jednak jego rola nie jest zbyt wielka (niemniej chce się na niego patrzeć).


Problemem jaki tu wyczuwam jest to, że "Przełęcz ocalonych" choć bardzo się stara, nie zgłębia psychiki bohaterów, a zaledwie muska ich po powierzchni, pokazując jak dobry jest charakter Dossa a jak wulgarni i niewyrozumiali są inni żołnierze. Sceny walk są jednak całkiem ciekawe, dobrze wykonane i przez to znacznie podnoszą wartość filmu. Na polu bitwy żołnierze stanowią jedność, a niejedni pokazują swoje prawdziwe oblicze. Gibson stara się pokazać bezsens wojny, okrucieństwo i bezcelowy przelew krwi.Nie jest to jednak coś niezwykłego ani wybitnego. "Przełęcz..." nie zapisze się w mojej pamięci jako film genialnie ujmujący tematykę wojny. Postać Dossa sama w sobie jest ciekawa, ile jednak jest w historii takich Dossów, o których nigdy film nie powstanie? Zakończenie pod względem artystycznym jest po prostu... śmieszne, a chyba Gibson chciał przedstawić Desmonda jako bohatera wojennego. Mamy podany na talerzu film niezwykle stereotypowy, amerykański, z jednej strony o dużym potencjale a z drugiej pełny kulawych scen i nieciekawych dialogów. Szeregowiec Doss nie zapisze się w mojej pamięci na długo.