niedziela, 21 stycznia 2018

"Dzikie historie" po polsku.

Początek roku jak zwykle obfituje w wiele ciekawych premier, w tym kilka z naszego lokalnego podwórka. Jedną z nich jest kipiący emocjami "Atak paniki" debiutanta Pawła Maślony, który w ubiegłym roku stał się objawieniem Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Jeden z najgłośniejszych filmów sezonu wszedł na ekrany w ubiegły piątek.

Już po samym zwiastunie, jak i plakacie można dopatrzeć się podobieństwa do (bardzo udanych swoją drogą) "Dzikich historii" Damiana Szifrona. Choć wielu recenzentów zapewnia, że nasz polski debiut nie ma zbyt wiele wspólnego z argentyńskim obrazem, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że baza, na której opiera się "Atak paniki" jest niesamowicie zbliżona, jeśli nawet nie identyczna. Mamy do czynienia z kilkoma opowieściami przeplatającymi się w trakcie trwania fabuły, które z pozoru nie są ze sobą kompletnie związane. Bohaterowie dzieli praktycznie wszystko, jednakże elementem wspólnym w każdym z bloków są przepełniające ich negatywne emocje. Poznajemy między innymi historie małżeństwa wracającego z Egiptu, którzy trafiają na upierdliwych współpasażerów w samolocie, młodego kelnera uzależnionego od gier MMO, dziewczyny zarabiającej na seks-kamerce, pisarki, która umawia się na kolację ze swoim byłym, itd. Elementem spinającym w klamrę wszystkie opowieści jest wesele, na którym również emocje ledwo dają utrzymać się na wodzy. Nie będę zdradzać szczegółów poszczególnych historii, jak można jednak przypuszczać losy bohaterów w mniejszym lub większym stopniu łączą się i wpływają na poszczególne wydarzenia mające miejsce w filmie.


Choć może się wydawać, że fabuła "Ataku paniki" pędzi jak szalona i ma na celu jedynie wywołanie uśmiechu, film ten zadziwiająco trafnie przedstawia niektóre z cech naszego narodu (nie wciągając w to jednak polityki). Maślona stara się zbudować na ekranie przekrój polskiego społeczeństwa, które trawią różne bolączki. Każda z historii ma niekoniecznie na celu wyśmianie, co bardziej uwypuklenie różnorakich zachowań/sytuacji, z którymi możemy spotkać się na co dzień. Z pewnością znajdziemy w tych opowieściach jakąś cząstkę rzeczywistości, w której obracamy się my sami. Mimo, że żarty były dość wulgarne i ogólnie oceniając slapstickowe, były bardziej naturalne niż w niejednej polskiej komedii. Niekiedy ta "prostota" mnie odrzucała, całościowo jednak wypadło to całkiem zgrabnie. Na plus można też zaliczyć przejścia między poszczególnymi bohaterami. Historie same w sobie są, jak wspominałam, realistyczne i wiarygodne, niemniej, nie wszystkie zainteresowały mnie w tym samym stopniu.

Największą robotę robią w "Ataku paniki" oczywiście aktorzy: nie można się przyczepić absolutnie do nikogo. Bartłomiej Kotschedoff, jeden ze współtwórców scenariusza bardzo dobrze odgrywa rolę uzależnionego mężczyzny, który do swojej matki mówi jak ostatni dresiarz, a dla zniszczenia przeciwnika w grze jest w stanie stracić swoją pracę. Na uznanie zasługuje segment "samolotowy" z Dorotą Segdą i Arturem Żmijewskim, który wypada nienachalnie i naprawdę zabawnie. Niestety, nie z każdym blokiem fabularnym jest tak samo dobrze. Niektóre ze scen dłużą się niemiłosiernie i niespecjalnie pokazują jakąkolwiek puentę. Ba, osobiście pozbyłabym się kilku z opowieści na rzecz mniejszej, ale bardziej dopracowanej ilości bohaterów. W pewnym momencie postaci w filmie zaczynają się kumulować, tak, że nie wiadomo, kto tak naprawdę gra tam pierwsze skrzypce i po co pojawia się akurat w takim a nie innym momencie. Wątki są ze sobą powiązane, lecz z powiązania tego nie za wiele wynika. Tak jak pisałam, żarty nie są utrzymane na tym samym poziomie, przez co momentami nie bardzo wiadomo czy śmiać się czy krzywić z niesmaku. Elementem, który jednak rozczarował mnie najbardziej było tempo filmu. Niektóre z historii są rozwleczone, a niektóre pędzą, rzucając coraz to nowszymi żartami - w tym wszystkim zaciera się jakikolwiek punkt kulminacyjny. Widz przez 1,5h czeka na jakieś rozwiązanie, jakieś konkretne "bum", które tak naprawdę nie nadchodzi. Każdy z segmentów, mimo że łączą się one w ostatnich scenach filmu, sam w sobie (jako indywindualna historia) kończy się w zupełnie innych momentach przez co nie wybrzmiewa tak, jak wybrzmieć powinien.

Maślona swoim debiutem mocno wkracza na polskie ekrany, próbując wprowadzić nową jakość w rodzimych komediach - i chwała mu za to. Nie jest to jednak film bez wad, choć ma ciekawą konstrukcję i zawiera trafne momentami spostrzeżenia na temat kondycji współczesnego społeczeństwa. Mimo szczerych chęci "Atak paniki" nie zawojował mojego serca i prawdopodobnie bliższe pozostaną mi wciąż "Dzikie historie". Tak czy siak, w zalewie beznadziejnych sponsorowanych komedyjek, naprawdę fajnie jest obserwować coś świeżego na polskim rynku.

niedziela, 26 listopada 2017

Satyra, kryminał czy groteska?

Bracia Coen przyzwyczaili nas już do swojego stylu, który wychwalany jest przez tysiące fanów na całym świecie. Ich nazwisko zwykle jest gwarancją sukcesu. W "Suburbiconie" role uległy zamianie - Ethan i Joel Coenowie odpowiedzialni są za scenariusz, zaś za kamerą stanął nie kto inny jak sam Goerge Clooney, wprawiony już w reżyserskich bojach. Na realizację produkcji trzeba było czekać wiele lat, można było się więc spodziewać prawdziwej petardy. Sala na pokazie przedpremierowym pękała w szwach - pewnie większość za sprawą bardzo sprawnie nakręconego trailera, który (niestety) zdradza wiele ważnych dla filmu scen.

Historia "Suburbicona" rozgrywa się w uroczej sielankowej scenerii Stanów Zjednoczonych z lat 50. W roli głównej możemy zobaczyć dobrego kolegę Clooney'a Matta Damona (po którym ostatnio naprawdę widać upływ lat) - wraz ze swoją perfekcyjną rodziną mieszka w ekskluzywnej dzielnicy i cieszy się życiem, tak jak i reszta jego idealnych sąsiadów. Harmonia i szczęście nie opuszczają mieszkańców Suburbiconu... no chyba, że ma się czarny kolor skóry. Do jednego z domów przeprowadza się rodzina Mayersów, co powoduje ogromne poruszenie wśród sąsiadów, którzy obawiają się Afroamerykanów. Historia ta jest jednak tylko tłem dla losów rodziny Lodge'ów, która pewnego dnia staje się celem okrutnego ataku gangsterów. Społeczność poruszona jest tym aktem przemocy, przypisując go oczywiście do niedawnego wprowadzenia się Mayersów. Gardner Lodge postanawia chronić swoich najbliższych za wszelką cenę... mężczyzna skrywa jednak mroczne sekrety, których lepiej nie wyjawiać, nawet rodzinie.


Podejrzewam, że nie wszyscy zdają sobie sprawę, że historia czarnoskórej rodziny Mayersów zainspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami. Podobne wydarzenia rozegrały się w miasteczku Levittown w Pensylwanii. Choć filmów o prześladowaniu Afroamerykanów powstało już wiele, ta historia miałaby szansę się obronić, gdyby to ona stanowiła centralny punkt historii przedstawionej w "Suburbiconie". Mam wrażenie, że wątek rasistowski wrzucony został do tej produkcji jakby z przymusu, niedbale, tak, aby jakoś sklecić film w całość.

Nie da się ukryć, że "Suburbicon" pod wieloma względami przypomina "Fargo", niestety, nie dorasta mu jednak nawet do pięt. Wypuszczenie na ekrany produkcji Clooney'a w tym momencie miało zapewne pokazać wciąż żywy w Stanach problem rasizmu, na ekranie jednak nie składa się to w logiczną całość. Zawiązanie intrygi następuje tak naprawdę dość późno i widzowi ciężko jest połapać się tak naprawdę po co pokazuje się daną postać czy scenę. Ukazane w trailerze elementy humorystyczne miały wskazać na groteskowy, "coenowski" wydźwięk filmu; być może jeśli patrzeć na "Suburbicon" wyłącznie w kategoriach czarnego humoru dałoby się go ocenić wysoko - mnie jednak żarty ukazane na ekranie bardziej żenowały niż bawiły. Żadna z postaci mnie do siebie nie przekonuje; można wręcz odnieść wrażenie, że wszyscy bardzo chcą, by film jak najszybciej się skończył. Jedynymi przebłyskami na tym ciemnym niebie można nazwać małego Noah Jupe wcielającego się w rolę syna, Nickiego Lodge'a i agenta ubezpieczeniowego granego przez Oscara Isaaca, którzy starają się wtłoczyć w swoje postaci trochę emocji.

W efekcie zawodzi na całej linii. Widz nie jest w stanie do końca określić co właściwie zobaczył - groteskę, kryminał, współczesną satyrę o rasizmie? Posklejane wątki nie łączą się w logiczną całość, a doprawienie tego wszystkiego typowym dla Coenów czarnym humorem uważam za tani chwyt marketingowy. Clooney gubi się w przedstawianej przez siebie historii i chyba sam nie wie w jaki ton ma uderzyć, by zainteresować publiczność. Mając do dyspozycji tak dobrych aktorów jak Matt Damon i Julianne Moore można było stworzyć naprawdę ciekawy obraz. Niestety Clooney serwuje film nijaki, kompletnie bez pomysłu i niedopracowany.

czwartek, 9 listopada 2017

Życie zamknięte w obrazach.

Vincent Van Gogh to postać, którą zna cały świat. Uwielbiany i podziwiany, swoimi pracami wywarł ogromny wpływ na sztukę XXw. Zmarł mając niecałe 40 lat, pogardzany i zdecydowanie niedoceniany. Jakże wielu jest twórców (z naszego podwórka choćby Cyprian Kamil Norwid), którzy dopiero po śmierci zyskali należny sobie szacunek i podziw. Dorota Kobiela wraz z Hughem Welchmanem podjęli się niemałego wyzwania i przenieśli historię holenderskiego malarza na duży ekran, jednak sposób w jaki to zrobili jest naprawdę powalający.

"Twój Vincent" dostępny jest w kinach w wersji polskojęzycznej jak i z polskimi napisami. Głos Jerzego Stuhra czy Piotra Adamczyka absolutnie mi w tym przypadku nie przeszkadza, choć wolałabym usłyszeć pewnie bohaterów w wersji oryginalnej, bowiem obsada jest naprawdę niezła: Saoirse Ronan, Jerome Flynn czy Chris O'Dowd wcielają się w role bliskich Vincenta i wspominają jego osobę po śmierci. Główny bohater, Armand Roulin, rok po odejściu artysty udaje się w podróż, by doręczyć jego rodzinie napisany przez mężczyznę list. Po drodze spotyka inne postaci związane mniej lub bardziej z osobą malarza, które przybliżają ostatnie dni jego życia. Tajemnicze odejście Van Gogha nawet rok po śmierci wzbudza kontrowersje i mąci spokój mieszkańców miasteczka Auvers. Armand będzie musiał się niemało natrudzić, by w końcu dotrzeć do adresata. Odkryje przy tym nieznane mu dotąd szczegóły dotyczące malarza.

Tak jest, fabuła "Vincenta" jest nieskomplikowana, jednakże powinna ona zejść na dalszy plan, bo to co najważniejsze to forma przekazu. Pierwszy raz spotkałam się z czymś tak oszałamiającym: historia Van Gogha to pełnometrażowa, prawie dwugodzinna animacja zrobiona z obrazów olejnych; każda, dosłownie każda klatka została namalowana ręcznie przy użyciu tzw. technologii rotoskopowej. Nad filmem pracowało ponad 100 malarzy, dosłownie malując aktorów na wzór obrazów Vincenta Van Gogha. W trakcie seansu robi to naprawdę niesamowite wrażenie – zwłaszcza kiedy widać jak zmieniają się barwy czy cienie podczas ruchu danej postaci. Ten film naprawdę zasługuje na określenie “obraz”. „Twój Vincent” oczarowuje warstwą wizualną, i mimo że fabuła nie jest niezwykle skomplikowana, nie przeszkadza to w odbiorze opowieści – to na animacji mamy się skupić najbardziej.


Przepiękna muzyka Clinta Mansella wpisuje się idealnie w opowieść o malarzu, tworząc spójną kompozycję z pokazywanymi obrazami. Finalne minuty filmu przybliżają nam prace nad dziełem i aktorów w swoich "ludzkich" i "obrazowych" postaciach - na mnie, jako osobie, która zna jedynie najważniejsze dzieła artysty - kolosalne wrażenie zrobiła ilość obrazów wplecionych w historię. Brakowało mi trochę zgłębienia kontrowersji otaczających Van Gogha (mówi się, że na przykład pił olej z lampy naftowej), być może one sprawiłyby, że jego postać nie byłaby taka bez skazy, jak ta ukazana w filmie. Niemniej, jestem w stanie zrozumieć, że reżyserka chciała oddać Holendrowi hołd i z szacunkiem podeszła do jego postaci.

Kobiela pragnie, byśmy zobaczyli w artyście człowieka, a nie tylko dziwaka z odciętym uchem. Nieważne czy znaliście wcześniej dzieła Van Gogha, czy kojarzycie go tylko ze słyszenia. "Twój Vincent" to niezwykły hołd dla artysty, prawdziwie malownicza historia, która olśniewa wizualnie i jest czymś, czego dawno w kinach nie było.

środa, 1 listopada 2017

Emocje nie całkiem na wodzy.

Popularność Bjorna Borg i Johna McEnroe przypadła na czasy kiedy jeszcze nie było mnie na świecie (mimo to nazwisko Szweda jest mi bardzo dobrze znane). Nie ulega jednak wątpliwości, że tenis to sport, który wzbudza niemało emocji, choć nie za dużo mówi się o nim w filmach. W dziejach kinematografii mogliśmy być świadkami różnych pojedynków, nie dziwi więc, że Janus Metz Pedersen wziął na warsztat niezwykle trudną do odtworzenia rywalizację najgłośniejszych graczy lat 80., przybliżając historię ich finałowej rozgrywki na słynnych kortach Wimbledonu.

Kto zna się na tenisie i śledzi uważnie każdy z konkursów zapewne pójdzie na ten film z przekonaniem, że wszystko już wie. Ja jako kompletny laik nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Film przerósł moje oczekiwania. Myślę, że zarówno eksperci jak i widzowie "z ulicy" zobaczą w "Borg/McEnroe" to, co zobaczyłam ja - opowieść o ogromnej presji społecznej, która bardzo łatwo może doprowadzić do upadku człowieka.


Konstrukcja filmu jest dość prosta - już od samego początku wiemy do czego tak naprawdę chce nas doprowadzić reżyser. Nie uważam jednak tego za wadę, bowiem przez bite 100 minut siedziałam jak na szpilkach, obserwując przygotowania obu stron, przygotowania pełne napięcia, emocji i stresu, które niejednego doprowadziłyby do obłędu. Historia tak chciała, że przeciwstawiła sobie dwie zupełnie odmienne (czy na pewno?) osobowości, i to właśnie je możemy śledzić na ekranie. Borg to postać uwielbiana, gloryfikowana; zwycięzca czterech Wimbledonów (pierwszy wygrany już 1972 roku), który już ostrzy sobie zęby na piątą wygraną. Media nie chcą zostawić go w spokoju, analizując każdy jego krok. Chłodny i opanowany dżentelmen, spokojnie rozgrywa swoje mecze i wydaje się, że nic nie jest w stanie go zdenerwować. Jest jak zaprogramowana maszyna, która nie ma prawa się zepsuć. Po przeciwległej stronie kortu czekać będzie John McEnroe, młodziutki zawodnik, który dynamicznie wspina się po szczeblach kariery. Jego emocjonalność i niecierpliwość zauważalne są od razu, a agresywne i nierzadko bezczelne zachowanie na boisku spotyka się z ostrą krytyką mediów i ludzi ze świata sportu. Choć zdaje się, że czas w filmie podzielony jest równo między Szwedem a Amerykaninem, odniosłam wrażenie, że Borg zdecydowanie częściej pojawia się na ekranie i zajmuje dużo więcej opowieści jako takiej.

Podstawą do budowania historii jest oczywiście kontrast pomiędzy dwoma bohaterami filmu. Choć może się to wydawać dość oczywiste, zainteresowanie mediów i oczekiwania społeczeństwa przytłaczają oboje tenisistów, którzy, jak każdy z nas, są w końcu tylko ludźmi. Reżyser stara się wejść w umysł każdego z nich i sprawdzić, co tak naprawdę czują. Sięga do dzieciństwa obojgu mężczyzn, gdzie czają się sekrety i tajemnice, które poniekąd pokazują dlaczego są tacy jacy są. Mimo różnić łączy ich jedno: perfekcjonizm i pragnienie zdobycia wygranej. Borg już od najmłodszych lat chciał zdobywać szczyty, lecz jego niesportowe zachowania i wybuchy złości wpędzały go w kłopoty. Ogromnie samokrytyczny trafił w końcu na trenera, który okiełznał jego emocje i zmusił do refleksji nad swoim trudnym charakterem, co ma jednak swoje konsekwencje. Pnąc się po szczeblach kariery Szwed wydaje się zapominać o tym co ważne. Odrzuca pomoc najbliższych, popadając w przesadę i kultywując dziwaczne, neurotyczne rytuały. Wybuchowy McEnroe od dziecka stara się osiągnąć ideał w każdej dziedzinie życia, by zaimponować swoim rodzicom, a zwłaszcza ojcu - trenerowi/managerowi. Każda porażka jest dla niego ogromnym ciosem i gromadzi w nim ogromne pokłady frustracji. W wywiadach pytany jest głównie o Borga i jego taktykę, co, logicznie, wywołuje jego gniew. Sportowiec ten wydaje się  być bardzo niedoceniony, wciąż porównywany z innym, bardziej popularnym i cenionym Szwedem (który mógłby w sumie uchodzić z jego alter ego). Szkoda, że reżyser nie rozwinął bardziej jego wątku i nie wniknął głębiej w jego motywacje, bowiem Shia La Beouf wydaje się być stworzony do tej roli, nie tylko pod względem wyglądu, ale i zachowania.

"Borg/McEnroe" nie odkrywa Ameryki. Nie jest to jedyny film, który chce pokazać presję, jaka ciąży na sportowcach i jak mocno taka rywalizacja odbija się na ich psychice... ale tak naprawdę nie jest to jego wada. Sposób w jaki ta historia jest opowiedziana naprawdę momentami wzbudza emocje większe niż niejeden thriller. Oprócz dobrze dobranych aktorów na uwagę zasługuje bardzo udany montaż, widoczny choćby w widowiskowych ujęciach kortu. Świetna scena końcowa, choć znana szerszej publiczności, robi ogromne wrażenie i trzyma w napięciu. Choć zakończenie wydaje się dość cukierkowe, takie właśnie ma być, ma obnażyć ludzką stronę graczy, którzy nierzadko, w pogoni za zwycięstwem, porzucają wszystko, co ważne. Mało dopracowana sylwetka McEnroe mogłaby być trochę lepiej napisana, niemniej jednak w całości obraz ten wpisuje się niezwykle udanie w ramy "kina sportowego".

PS. Po raz kolejny polska dystrybucja pokusiła się na dodanie frazy do oryginalnego tytułu, i tak możemy głowić się nad znaczeniem zdania "między odwagą a szaleństwem", które w mojej opinii kompletnie nie nawiązuje do fabuły. Najlepiej po prostu udawać, że go nie ma.

niedziela, 8 października 2017

Sequel (prawie) idealny.

Ten film miał szansę na absolutną porażkę - w końcu nie raz kino było świadkiem nieudolnych prób przywrócenia wspaniałych klasyków sprzed lat, takich, które każdy wspomina z łezką w oku. Denis Villeneuve otrzymał w spadku od Ridleya Scotta niesamowicie trudne zadanie, które wystawia na próbę jego reżyserskie umiejętności. Mogę was jednak zapewnić, że wybór Kanadyjczyka na odtworzenie historii sprzed 35 lat to strzał w dziesiątkę. Panie i panowie, 6 października do polskich kin wkracza "Blade Runner 2049".

Kontynuacja tak wielkiego tytułu to nie lada wyzwanie, można by pomyśleć, że w sumie z góry skazane na porażkę. Reżyser jednak bardzo sprytnie podszedł do tematu, obdarowując widzów jednocześnie dalszymi losami znanych już wcześniej bohaterów jak i wprowadzając do historii swoje autorskie pomysły. Nie próbuje na siłę ciągnąć oryginału, lecz jedynie traktuje go jako bazę, dodając zupełnie nowy (i naprawdę udany) scenariusz.


Fabuła "Blade Runnera" tak naprawdę nie jest bardzo skomplikowana. Mamy Los Angeles, rok 2049 - świat to wyjałowiona i nieprzyjazna nikomu ziemia (genialny Roger Deakins i jego zdjęcia). Głównym bohaterem jest K (Ryan Gosling) - replikant pracujący dla policji, tytułowy blade runner, który podróżując po opustoszałej ziemi ściga zbuntowane, stare modele androidów. Jedna z jego misji owocuje nieprawdopodobnym odkryciem, które zachwieje porządkiem ustalonym w społeczeństwie. Zbierając poszlaki natrafia na trop Ricka Deckarda, łowcy androidów uznanego za zaginionego, a jego zaangażowanie w sprawę okazuje się być dużo bardziej niebezpieczne niż mógłby przypuszczać. Przeszłość łączy się z teraźniejszością, by poprowadzić bohatera do starcia nie tylko z wrogiem, ale też z samym sobą.

Już od pierwszej sceny reżyser wyznacza tempo filmu i daje do zrozumienia, że będziemy mieć do czynienia z trudnym i skomplikowanym dochodzeniem. K jest detektywem, i jak na dobrego detektywa przystało stara się odkryć wszystkie elementy układanki i doprowadzić sprawę do końca. Ryan Gosling nigdy nie należał do moich ulubionych aktorów, głównie ze względu na jego brak mimiki, który w "Blade Runnerze 2049" sprawdza się wręcz doskonale. Ze stoickim jak na replikanta spokojem na twarzy K stara się dotrzeć do sedna sprawy, zagłębiając się w nią coraz bardziej. Świat wokół niego nie pozwala na ani jedną chwilę słabości. Coraz mniej jest miejsca na ludzkie odruchy, na wrażliwość i zaufanie. Ciężki i mroczny klimat miasta potęguje wrażenie samotności bohatera, który w miarę rozwoju fabuły odsłania swoją "ludzką" stronę i przechodzi niezwykłą drogę to poznania własnej tożsamości. Zjawiskowe zdjęcia pokazujące Los Angeles przyszłości, okraszone świetną muzyką Hansa Zimmera (którego chwaliłam nie tak dawno za soundtrack do "Dunkierki"), naprawdę przyprawiają o ciarki na plecach. 

Spotkałam się z opiniami, że nie trzeba znać poprzedniej części, by móc iść na najnowszą i w pełni ją zrozumieć. Nie wydaje mi się to prawdą - choć historia jest dość odseparowana od tej z '82, dużo bardziej można wejść w stworzony przez Villeneuve świat mając już jakieś pojęcie na jego temat. Niemniej jednak, opowieść wyreżyserowaną przez Kanadyjczyka można traktować jako uniwersalny dramat o człowieczeństwie i miejscu bohatera w świecie. Rewolucja, którą nieświadomie zapoczątkuje bohater grany przez Goslinga będzie rozgrywać się również w nim samym. Choć otoczony ludźmi, tak naprawdę jest zdany tylko na siebie. Nie ma sensu porównywanie obu części i dociekanie ile starego "Blade Runnera" jest w nowym. Co świadczy o byciu człowiekiem? Jaka jest granica między androidami a ludźmi? Kto w tej walce jest prawdziwie dobry? - to pytania, które zdecydowanie będą nasuwać się na myśl w trakcie seansu. Głównemu bohaterowi godnie towarzyszą postacie drugoplanowe, poprawnie odgrywając przypisane im role - Robin Wright jako surowa pani porucznik, Ana de Armas jako hologramowa "partnerka" K i oczekiwany Harrison Ford powracający w roli Deckarda - nadal w formie, choć widać już upływ czasu.


Jedyne do czego mogę się przyczepić to monumentalność dzieła. Momentami czułam się przytłoczona wątkami i symboliką, która wyzierała prawie z każdego kadru. Bardzo specyficzny jest też sposób budowania scen; niektóre rozbudowane są do granic możliwości, przez co stają się niekiedy nużące, tak by za chwilę przejść do szybkiej sekwencji np. pościgu. Zdaję sobie sprawę, że "Blade Runner 2049" nie ma być filmem akcji wypełnionym strzelaniną i kaskaderką, jednak powolność niektórych ze scen męczyła mnie trochę i nie pozwoliła się skupić w 100% na tym, co dzieje się na ekranie.

Być może "Blade Runner 2049" to nie jest film dla każdego. Być może zostanie odrzucony przez osoby, którym gatunek science-fiction jest kompletnie obcy... a szkoda, bo to głęboka i skomplikowana refleksja nad istotą człowieczeństwa, swoiste rozważanie nad kondycją gatunku ludzkiego, przy okazji przedstawiające nie tak daleką i prawdopodobną przyszłość.

piątek, 22 września 2017

Pocztówka z Amsterdamu.

Lato nie należy do ciekawych okresów dla kina. Dystrybutorzy zazwyczaj wypuszczają do kin produkcje lekkie, łatwe i przyjemne, wakacyjne historyjki, które mają na celu zapchać dziury w letnim repertuarze. Wraz z nadejściem września tych wartościowych pozycji pojawia się coraz więcej. 8.09 miała miejsce polska premiera melodramatu Justina Chadwicka "Tulipanowa gorączka", który to obraz bazuje na powieści pisarki Deborah Moggah o tym samym tytule. Jak już wspominałam wcześniej, często wybieram się do kina na ekranizacje książek; dodatkowo, dystrybutorzy kilkakrotnie przesuwali datę premiery. Melodramaty to wbrew pozorom gatunek dość trudny, "Tulipanowa gorączka" miała więc szansę na zdobycie mojego serca lub na wielką porażkę.

Akcja filmu została umieszczona w XVII-wiecznym Amsterdamie, w okresie, w którym handel tulipanowymi cebulkami rozwija się w szalonym tempie a ludzie dosłownie szaleją na punkcie tych popularnych kwiatów. Oszustwa, ryzykowne i nielegalne interesy - mieszkańcy stolicy zrobią dosłownie wszystko by zdobyć choć jedną cebulkę. Na tle miasta rozgrywa się historia zamożnego handlarza Cornelisa, podstarzałego bogacza, który prowadzi nudne życie u boku młodziutkiej żony Sophii (Alicia Vikander). Ich życie wydaje się ułożone i nad wyraz spokojne, mężczyzna jednak nie może doczekać się potomka, co wydaje się jego największym marzeniem. Narastająca frustracja burzy atmosferę w domu. Pewnego dnia Cornelis postanawia wynająć prywatnego malarza, by wykonał portret jego rodziny, nie zdając sobie sprawy jak bardzo wywróci to jego życie do góry nogami. Między Sophią a młodym artystą budzi się uczucie, które okazuje się bardzo niebezpieczne nie tylko dla nich, ale też dla ich najbliższych.

Nie mogę powiedzieć, żeby wersja książkowa sprawiła, że padłam z zachwytu. Było w niej jednak coś intrygującego, wyczuwało się emocje między postaciami. W filmowej adaptacji tych emocji kompletnie brak. Cały film jest boleśnie przewidywalny i nad wyraz schematyczny: bohaterom brakuje werwy do grania, snują się po ekranie i wygłaszają swoje kartonowe kwestie bez grama przekonania. W "Tulipanowej gorączce" nie ma ani jednej postaci, która wybijałaby się swoją rolą na tle innych. Zach Galifianakis jako kolega-malarz, Judi Dench w roli zakonnicy oraz Tom Hollander jako lekarz pokazani zostali jako elementy "rozśmieszające", które nijak pasują do konwencji filmu. Głowni bohaterowie grają sceny pełne namiętności, pasji, jednak brak im jakiejkolwiek autentyczności. Alicia Vikander prezentuje się pięknie, lecz co z tego skoro przez 1,5h nie zmienia nawet swojej miny?


Jedyne do czego nie można się przyczepić to kolory i kostiumy, które w "Tulipanowej gorączce" są dobrze dobrane i miło jest na nie popatrzeć. Poszczególne sceny wyglądają jak wycięte z XVII-wiecznego obrazu, choć montaż filmu jest dość specyficzny i mi osobiście przeszkadzał w seansie. Muzyka skomponowana została przez jednego z moich ulubieńców - Danny'ego Elfmana, nie jest ani zła, ani dobra, ot, płynie sobie razem z filmem.

Reasumując, Justin Chadwick stworzył kolejny schematyczny melodramat kostiumowy, w którym zachowawczość znów wzięła górę. Cieszę się, że tę niemrawą gorączkę ratuje chociaż strona wizualna, przez co przez półtorej godziny możemy podziwiać ładne amsterdamskie obrazki.

czwartek, 10 sierpnia 2017

"W tym ocaleniu było jednak zwycięstwo..."

Rok 1940, operacja "Dynamo". Setki tysięcy żołnierzy Zjednoczonego Królestwa stłoczonych na francuskiej plaży czeka na pomoc. Dom jest praktycznie w zasięgu ręki, można zobaczyć wybrzeże majaczące gdzieś w oddali. Sparaliżowane wojska ostatnimi siłami chwytają się resztek nadziei. Jeden z najważniejszych momentów II wojny światowej uchwycony został tym razem w kamerze (kamerach, i to IMAXa) samego Christophera Nolana. Brytyjski twórca sięga do przeszłości i, w swoim specyficznym stylu, angażuje do produkcji swoich ulubionych artystów, jak na przykład Cilliana Murphy'ego czy Hansa Zimmera by przedstawić nam ten znany, choć może nie do końca zgłębiony przez kinematografię, epizod z lat 40.


Możemy przyjrzeć się kilku wątkom rozgrywanym zarówno na lądzie, jak i w powietrzu. Kilkoro bohaterów wybija się na tle żołnierskiej masy, m.in. pan Dawson grany przez Marka Rylance'a czy też Tom Hardy w roli pilota spitfire'a. Mimo tego, że widzimy wiele postaci i pokazane mamy interakcje między nimi, paradoksalnie to nie one są w "Dunkierce" najistotniejsze. Wręcz przeciwnie, stanowią jedynie tło dla wydarzeń, które dzieją się wokół nich. W tej produkcji nie skupiamy się na ich przeszłości, losach, marzeniach. Mają za zadanie obnażyć okrucieństwo wojny, pokazać różne postawy i sposoby postrzegania ewakuacji francuskiego wybrzeża i wojny samej w sobie. Co znaczy dla nich poświęcenie, patriotyzm, ojczyzna? Co ciekawe, wroga, czyli Niemców, tak naprawdę nie widać, czujemy jednak ich obecność, strach przed ich nadejściem. I mimo, że główny akcent nie pada na aktorów występujących w filmie, są oni nadzwyczaj dobrze dobrani. Świetna rola Cilliana Murphy'ego pokazuje, że jest to jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych aktorów.

"Dunkierka" to produkcja, w której praktycznie brak słów, a jeśli jakieś już padają, są one istotnym dla reszty opowieści elementem.. Tak jak wspomniałam, to nie aktorzy i ich losy grają tu pierwsze skrzypce. Nolan chce zwrócić naszą uwagę na obraz, wiele rzeczy dopowiada dźwiękiem, jakąś ciekawie zrealizowaną sceną, a nie dialogiem. To niesamowite uczucie - przeżywać tak mocno i osobiście obraz, w którym zdjęcia i dźwięk mówią same za siebie. Reżyser uwypukla w ten sposób uczucie niepokoju i strachu: strachu przed porażką i przede wszystkim przed śmiercią. Dodatkowym ogniwem podkręcającym emocje u widza jest wybitna ścieżka dźwiękowa. Hans Zimmer plasuje się w mojej osobistej czołówce wybitnych kompozytorów - tym razem przechodzi samego siebie. Jego utwory przenikają na wskroś, wchodzą do głowy i wybijają (dosłownie!) czas do ewakuacji. Każdy dźwięk ma w tym filmie znaczenie, ma zaznaczyć swoją obecność i dać wyraz horrorom jakie przeżywali brytyjscy żołnierze stojąc bezradnie na plaży.

Niewątpliwym atutem "Dunkierki" jest brak chronologii i pocięte wątki. Nolan po raz kolejny bawi się i manipuluje czasem jako konceptem i pokazuje, że wyśmienicie mu to idzie, tak jak w "Incepcji", "Memento" czy "Interstellarze". Świetnie wykonany zabieg nie tylko przekazuje nam daną historię w kompletnie nowy sposób, ale również stanowi ważny symbol i przedstawia wojnę jako swoistą metaforę chaosu i bezładu, w którym brak jest miejsca na zadumę, zawahanie. Trzy linie czasowe przedstawione w filmie wydają się z początku być ułożone "byle jak", później jednak jesteśmy w stanie dostrzec ich logikę, ich dążenie do połączenia się pod koniec opowieści. Reżyser równocześnie zagina czasoprzestrzeń i obnaża prawdę na temat jednego z najważniejszych epizodów II wojny światowej.


Nolan nie pierwszy raz pokazuje jak dobrym jest reżyserem. Wprawdzie jego poprzednie produkcje nie były wolne od wad (i to całkiem poważnych), jednak tu zarówno wybór tematu jak i sposób przekazania go publiczności to strzał w dziesiątkę. Dawno nie widziałam w kinie tak dobrze zrealizowanego filmu, tak smutnego, a jednocześnie dającego nadzieję. "Dunkierka" to obraz niesamowicie mądry, pozbawiony przytłaczającego chaosu, który męczył mnie choćby w "Interstellarze". Jest to dla mnie absolutny must see, obraz, do którego z pewnością jeszcze wrócę, nie dla samych wrażeń wizualnych, lecz dla historii, dla tej poruszającej opowieści o człowieku i jego wartościach, o strachu, niepewności i zwyczajnym pragnieniu życia.