czwartek, 10 sierpnia 2017

"W tym ocaleniu było jednak zwycięstwo..."

Rok 1940, operacja "Dynamo". Setki tysięcy żołnierzy Zjednoczonego Królestwa stłoczonych na francuskiej plaży czeka na pomoc. Dom jest praktycznie w zasięgu ręki, można zobaczyć wybrzeże majaczące gdzieś w oddali. Sparaliżowane wojska ostatnimi siłami chwytają się resztek nadziei. Jeden z najważniejszych momentów II wojny światowej uchwycony został tym razem w kamerze (kamerach, i to IMAXa) samego Christophera Nolana. Brytyjski twórca sięga do przeszłości i, w swoim specyficznym stylu, angażuje do produkcji swoich ulubionych artystów, jak na przykład Cilliana Murphy'ego czy Hansa Zimmera by przedstawić nam ten znany, choć może nie do końca zgłębiony przez kinematografię, epizod z lat 40.


Możemy przyjrzeć się kilku wątkom rozgrywanym zarówno na lądzie, jak i w powietrzu. Kilkoro bohaterów wybija się na tle żołnierskiej masy, m.in. pan Dawson grany przez Marka Rylance'a czy też Tom Hardy w roli pilota spitfire'a. Mimo tego, że widzimy wiele postaci i pokazane mamy interakcje między nimi, paradoksalnie to nie one są w "Dunkierce" najistotniejsze. Wręcz przeciwnie, stanowią jedynie tło dla wydarzeń, które dzieją się wokół nich. W tej produkcji nie skupiamy się na ich przeszłości, losach, marzeniach. Mają za zadanie obnażyć okrucieństwo wojny, pokazać różne postawy i sposoby postrzegania ewakuacji francuskiego wybrzeża i wojny samej w sobie. Co znaczy dla nich poświęcenie, patriotyzm, ojczyzna? Co ciekawe, wroga, czyli Niemców, tak naprawdę nie widać, czujemy jednak ich obecność, strach przed ich nadejściem. I mimo, że główny akcent nie pada na aktorów występujących w filmie, są oni nadzwyczaj dobrze dobrani. Świetna rola Cilliana Murphy'ego pokazuje, że jest to jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych aktorów.

"Dunkierka" to produkcja, w której praktycznie brak słów, a jeśli jakieś już padają, są one istotnym dla reszty opowieści elementem.. Tak jak wspomniałam, to nie aktorzy i ich losy grają tu pierwsze skrzypce. Nolan chce zwrócić naszą uwagę na obraz, wiele rzeczy dopowiada dźwiękiem, jakąś ciekawie zrealizowaną sceną, a nie dialogiem. To niesamowite uczucie - przeżywać tak mocno i osobiście obraz, w którym zdjęcia i dźwięk mówią same za siebie. Reżyser uwypukla w ten sposób uczucie niepokoju i strachu: strachu przed porażką i przede wszystkim przed śmiercią. Dodatkowym ogniwem podkręcającym emocje u widza jest wybitna ścieżka dźwiękowa. Hans Zimmer plasuje się w mojej osobistej czołówce wybitnych kompozytorów - tym razem przechodzi samego siebie. Jego utwory przenikają na wskroś, wchodzą do głowy i wybijają (dosłownie!) czas do ewakuacji. Każdy dźwięk ma w tym filmie znaczenie, ma zaznaczyć swoją obecność i dać wyraz horrorom jakie przeżywali brytyjscy żołnierze stojąc bezradnie na plaży.

Niewątpliwym atutem "Dunkierki" jest brak chronologii i pocięte wątki. Nolan po raz kolejny bawi się i manipuluje czasem jako konceptem i pokazuje, że wyśmienicie mu to idzie, tak jak w "Incepcji", "Memento" czy "Interstellarze". Świetnie wykonany zabieg nie tylko przekazuje nam daną historię w kompletnie nowy sposób, ale również stanowi ważny symbol i przedstawia wojnę jako swoistą metaforę chaosu i bezładu, w którym brak jest miejsca na zadumę, zawahanie. Trzy linie czasowe przedstawione w filmie wydają się z początku być ułożone "byle jak", później jednak jesteśmy w stanie dostrzec ich logikę, ich dążenie do połączenia się pod koniec opowieści. Reżyser równocześnie zagina czasoprzestrzeń i obnaża prawdę na temat jednego z najważniejszych epizodów II wojny światowej.


Nolan nie pierwszy raz pokazuje jak dobrym jest reżyserem. Wprawdzie jego poprzednie produkcje nie były wolne od wad (i to całkiem poważnych), jednak tu zarówno wybór tematu jak i sposób przekazania go publiczności to strzał w dziesiątkę. Dawno nie widziałam w kinie tak dobrze zrealizowanego filmu, tak smutnego, a jednocześnie dającego nadzieję. "Dunkierka" to obraz niesamowicie mądry, pozbawiony przytłaczającego chaosu, który męczył mnie choćby w "Interstellarze". Jest to dla mnie absolutny must see, obraz, do którego z pewnością jeszcze wrócę, nie dla samych wrażeń wizualnych, lecz dla historii, dla tej poruszającej opowieści o człowieku i jego wartościach, o strachu, niepewności i zwyczajnym pragnieniu życia.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Anoreksja pod kontrolą.

Netflix (w tym również wersja polska) już od jakiegoś czasu wypuszcza pełnometrażowe filmy pod swoim szyldem, niektóre promowane jako bardziej niezależne, inne trochę mniej. Od jakiegoś czasu na platformie miał pojawić się ważny film. Film zapowiadany jako przełomowy, przerażający, ogólnie dający do myślenia. Od 14 lipca dostępny jest dla subskrybentów Netflixa, tak więc i ja postanowiłam zobaczyć o co tyle szumu z komentowanym "To the bone" w reżyserii Marti Noxon.

Można z całą pewnością stwierdzić, że produkcji o anoreksji jest już na rynku wiele, choć i tak mniej niż o innych zaburzeniach psychicznych jak choćby schizofrenia czy depresja. Wydaje mi się, że ciągle traktujemy to schorzenie jako temat tabu, coś o czym niekoniecznie się rozmawia, mimo faktu, że dotyka coraz więcej młodych osób obu płci. To straszliwa choroba zbierająca ogromne żniwo, której osobiście chyba sama do końca nie jestem w stanie pojąć. Netflix wydaje się korzystać z okoliczności i tworzy film "na czasie" - żyjemy bowiem w czasach skrajności, w których z jednej strony z okładek czasopism spoglądają na nas wychudzone modelki, a z drugiej na całym świecie debatuje się na temat coraz bardziej otyłych dzieci i nastolatków. Twórczyni "Aż do kości" oparła historię na własnych doświadczeniach, można więc spodziewać się obrazu realistycznego (i przy tym drastycznego).


Bohaterkę Ellen (Lily Collins) poznajemy już w zaawansowanym stadium choroby. Dziewczyna ma za sobą wiele interwencji i hospitalizacji, jej rodzina chwyta się dosłownie wszystkiego i po raz kolejny zapisuje ją do znakomitego specjalisty, dr Beckhama (Keanu Reeves). Ten kieruje ją do specjalnego ośrodka, w którym to razem z kilkoma innymi podopiecznymi poddaje się terapii.  To ma być jej ostatnia szansa na powrót do zdrowia. Na miejscu poznajemy perypetie nie tylko głównej bohaterki, ale też innych osób znajdujących się w ośrodku. 

Ellen cechuje widoczna niechęć do otoczenia połączona z kompletnym zrezygnowaniem. Daje upust swoim zdolnościom artystycznym udostępniając depresyjne treści na Tumblrze. Reżyserka pokazuje jej małe obsesje, które składają się na całość jej zaburzenia: skrupulatne liczenie kalorii, intensywne ćwiczenia, pilnowanie, by obwód ramienia nie przekroczył konkretnej cyfry. Dziewczyna niknie w oczach, wydaje się jednak, że nie robi to na niej żadnego wrażenia. Sesje terapeutyczne z rodziną również nie przynoszą skutku, choć pokazują przy tym ciekawą perspektywę rodziny bohaterki. Zderzenie dwóch przeciwstawnych światów - macochy oraz matki Ellen - oraz przyrodniej siostry Kelly, która czuje jakby nie miała własnego życia, oferuje widzom przekrój różnych punktów widzenia. Wspomniana Kelly opowiada jak jej koleżanki naśmiewają się z głównej bohaterki. Macocha swoją nadgorliwością pokazuje, że mimo różnic charakteru bardzo jej zależy. Matka mieszka w Phoenix z inną kobietą i, choć mało obecna, zapewnia o swoich uczuciach. Aż do końca nie wiadomo czy dziewczynie uda się przezwyciężyć tę straszliwą chorobę i podjąć walkę z samą sobą.

Prawdę mówiąc, ciężko jest połapać się tak naprawdę gdzie znajduje się przyczyna problemu (czy jest to wada czy zaleta filmu? nie potrafię stwierdzić). W międzyczasie poznajemy też historie kilku innych mieszkańców ośrodka, wątki zaczynają się więc mnożyć aż w końcu nie wiadomo, na którym powinniśmy się najbardziej skupić. Trzeba jednak przyznać, że to do jakiego stanu doprowadziła się Lily Collins zasługuje na podziw. Jej grze aktorskiej również nie można nic zarzucić. Reszta aktorów stanowi bezpieczne tło dla historii Ellen i pokazuje, że choroba nie pomija żadnej grupy społecznej. Keanu Reeves sprawdza się w swojej roli bezpośredniego, ale oddanego swojej pracy lekarza. 

Cały seans przetrwałam w skupieniu, nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że "Aż do kości" nie wstrząsnęło mną tak, jak powinno. Całość przedstawiono w dość lekkiej formie, nierzadko przerywanej elementami humorystycznymi, a nawet wątkiem miłosnym. Noxon stworzyła film, który może i porusza, ale nie na długo, i nie wszystkich. Wydaje mi się, że głównego targetu produkcji, czyli osoby między 16 a 20 rokiem życia nie zaszokuje to, co zobaczą na ekranie. A powinno. Bo anoreksja to choroba przerażająca, taka, przed którą powinno się ostrzegać. Nie mówię o stworzeniu moralitetu, dokumentu, który ma być puszczany na lekcji wychowawczej, ale o filmie, który znajdzie czas na refleksję nad psychiką anorektyka, nad motywami, które nim kierują, bez zbędnych wątków pobocznych. "Aż do kości" miało potencjał na naprawdę dobrą produkcję. Może to polityka Netflixa, a może brak pomysłu sprawił, że seans jest ciekawy, jednak nie mogę pozbyć się odczucia, że to mimo wszystko pozycja bezpieczna, prosta w odbiorze. 

wtorek, 25 lipca 2017

Grumpy Cat po szwedzku.

Długo trzeba było czekać na pojawienie się "Mężczyzny imieniem Ove" w naszych kinach. Ten szwedzki film, nominowany do Oscara m.in. w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny” miał swoją światową premierę już w końcówce 2015 roku. Bardzo cieszę się, że w końcu dotarł i do nas, bo choć ze Szwecji, czyli z niedaleka, nim trafił do polskiej dystrybucji zdążył zachwycić cały świat, zgarniając chociażby Europejską Nagrodę Filmową w kategorii „najlepsza komedia”. Komedia jednak to słowo zdecydowanie nieodpowiednie dla tej produkcji.

Ove ma niecałe 60 lat, wygląda jednak dużo starzej. Jego dni sprowadzają są do prostej rutyny: poranny obchód po swoim osiedlu domków jednorodzinnych, praca na kolei, kupno kwiatów i spacer na cmentarz, gdzie leży jego niedawno zmarła żona Sonja. Mężczyzna jest gburowatym, krzykliwym jegomościem – nikt nie chciałby obok niego mieszkać. Ma dość wszystkiego i wszystkich, strofuje każdego kto wejdzie mu w drogę, narzeka na łamanie zasad, lenistwo, sąsiadów. Kiedy zostaje zwolniony bezpowrotnie traci radość życia i chce jak najszybciej zejść z ziemskiego padołu, by móc połączyć się ze swoją ukochaną. Problem w tym, że ciągle ktoś mu w tym przeszkadza. Na jego osiedlu pojawia się młode małżeństwo z dwójką dzieci, które próbuje przebić się przez skorupę i dotrzeć do, dobrego w gruncie rzeczy, serca staruszka.


Film sam w sobie jest niezwykle szwedzki, pokazuje typowy dla tamtego kraju sposób postrzegania różnych kwestii. Dodatkowo podejmuje, z przymrużeniem oka oczywiście, tematy aktualne dla współczesnego świata, takie jak równouprawnienie, niepełnosprawność. Wielość wątków i postaci pojawiających się w trakcie seansu w niczym jednak nie przeszkadza, stanowi bardziej ciekawe tło dla perypetii głównego bohatera. Postaci drugoplanowe są barwne, ale nie przytłaczają roli Ovego, który portretowany jest wręcz bezbłędnie przez Rolfa Lassgårda. Komediowe elementy wprowadzane są naturalnie, nie wpycha się nam tu na siłę zbędnych gagów, za co bardzo jestem reżyserowi wdzięczna. 

Ważne jest jednak to, by pod warstwą żartów o przewadze Saaba nad Volvo dostrzec prawdziwe przesłanie filmu. Dzięki nowej sąsiadce, Parvaneh, odkrywamy prawdziwą historię Ovego, jego zawiłe losy i tragiczną przeszłość, która przyczyniła się poniekąd do jego gderliwości. Zagłębiając się stopniowo w jego opowieść zdajemy sobie sprawę, że bardzo łatwo nam było ocenić mężczyznę po pozorach, nie zdając sobie sprawy jak mocno doświadczyło go życie. Wyznający twarde zasady, nauczony przez los mężczyzna, jak sam mówi, "nie potrafi zapanować nad chaosem" kiedy jego żony z nim już nie ma. Jego świat, tak oczywisty i sprowadzony do żelaznych reguł, po śmierci Sonji runął w gruzach a wokół nie ma nikogo, kto by mu te nowe realia objaśnił. 

Cały seans ma oczywiście komediowy wydźwięk, nie oferuje nam jednak oczekiwanego happy endu. W ciekawy i na pewno nieoczywisty sposób kreśli historię głównego bohatera i jego relacje z otaczającymi go ludźmi i stanowi interesujące spojrzenie na samotność wśród starszych ludzi. Skandynawskie kino po raz kolejny mnie nie zawiodło!

poniedziałek, 17 lipca 2017

Was he slow?

Nadeszło lato a Edgar Wright po raz kolejny postanowił nas uraczyć swoim dziełem. Twórca "Scotta Pilgrima" nie należy raczej do "gigantów" kina, lecz ma w sobie "to coś", co przyciąga jego fanów, swój niepowtarzalny styl, który tym razem możemy sprawdzić w filmie o wdzięcznym tytule "Baby driver".

Już sam plakat przywodzi mi na myśl tematykę wyścigów samochodowych, gdzie buzuje adrenalina, pełno jest męskiej rywalizacji i przez dwie godziny piszczą opony. Nie mijam się tu z prawdą, bowiem wokół aut i pościgów akcja "Baby drivera" jest zbudowana, niemniej, nie stanowi to clue filmu. Bohaterem jest młody chłopak o imieniu zasugerowanym przez sam tytuł. Baby ma fioła na punkcie muzyki i jazdy samochodem. Spacerując w rytm puszczanych z iPoda piosenek stara się zagłuszyć szum w uszach, który powstał na skutek wypadku drogowego. Niestety, w młodości wpadł w niemałe tarapaty, których konsekwencje ponosi do dziś. Spłacając swój dług u groźnego mafioza nasz bohater marzy o życiu bez zmartwień, podróżach bez końca z muzyką w głośnikach. Gdy w jego życiu pojawia się piękna dziewczyna, Baby jeszcze mocniej pragnie skończyć z kryminalną przeszłością. Nie jest to, jak wiadomo, takie proste, a chłopak zostaje wrobiony w napad, który wydaje się niemożliwy do wykonania.


To kolejna pozycja kinowa z ostatnich tygodni igrająca z gatunkiem heist movie i nadająca całości komediowego klimatu. Postaci, zarówno Baby jak i towarzyszący mu bohaterowie drugiego planu są barwni i nietuzinkowi, z lekka przerysowani. Każda z osób ma własny plan na życie, własny świat. Jon Hamm czy Jamie Foxx w roli bezwzględnych kryminalistów wypadają bardzo przekonująco. Wątek miłosny czy zemsty są przedstawione w sposób przesadzony, jednak wynika to z konwencji jaką narzuca filmowi reżyser. Co więcej, muzyka to element kluczowy dla całego filmu, bowiem dyktuje ona nie tylko rytm życia Baby'ego, ale też chociażby szybkość wystrzeliwanych nabojów bądź sposób podawania kawy czy smarowania chleba. Przeróżne kawałki puszczane z odtwarzacza sprawiają, że noga sama zaczyna stukać w rytm piosenek. Ten ciekawy motyw z pewnością dodaje energii i nadaje prędkość całemu obrazowi. 

Nie będę jednak ukrywać, że "Baby driver" to film o nieskomplikowanej fabule, która podkręcana jest co rusz efektownymi pościgami samochodowymi. Owszem, robią one wrażenie, jednak w pewnych momentach odczuwa się zmęczenie a sama produkcja gubi rytm. Sceny dialogowe nie są zbyt ambitne, a niektóre ze scen dłużą się niemiłosiernie. Po pewnym momencie chciałam, żeby film już się skończył, lecz w momentach (naliczyłam trzy), w których powinno się to stać bez szkody dla całości, reżyser dokładał kolejne elementy, rozciągając historię do prawie dwóch godzin. Wprawiło mnie to w irytację, ponieważ Wright za wszelką cenę chciał pokazać wszystko, co miał w zamyśle. A te 20 minut naprawdę wyszłoby mu na dobre.

"Baby driver" to gratka dla miłośników muzyki i dobrego montażu. Ciekawie nakręcone sceny robią wrażenie, a pościgi są efektowne. Fabuły nie należy traktować w 100% serio. Luźny klimat wprowadza fajny, lekki nastrój i należy docenić reżysera za podjęcie trudu i stworzenie takiego filmu w czasach wielkich hollywoodzkich produkcji pełnych efektów specjalnych. Niemniej, samo zakończenie pozostawia wiele do życzenia, a wiele ze scen ciągnie się zaburzając tempo akcji. Jestem jednak przekonana, że fani Wrighta na pewno będą zadowoleni z seansu.

niedziela, 9 lipca 2017

Jak obrabować bank z ósmym krzyżykiem na karku.

Nakręcić prawdziwie zabawną komedię to nie lada sztuka. Zwłaszcza jeśli myślimy o kinie amerykańskim, nierzadko pełnym tandetnych efektów, slapstickowych żartów i wiecznie powracających motywów, które momentami są zwyczajnie żenujące. Bardzo ciężko jest też mi polubić filmy, które w rolach głównych mają znanych i cenionych aktorów starszego pokolenia, którzy wygłupiając się i przybierając stereotypowe komediowe role "śmiesznych staruszków" próbują pociągnąć jeszcze jakoś swoją karierę. Na przedpremierowy seans "W starym dobrym stylu" Zacha Braffa (znanego z "Powrotu do Garden State") wybierałam się więc, przyznam się szczerze, wyłącznie z powodu brzydkiej pogody, która przegoniła mnie do kina. Teraz jednak mogę powiedzieć, że nie był to wcale czas stracony.

Historia nie należy do skomplikowanych: trzech przyjaciół z pracy, na skutek korporacyjnych przekrętów i nieoczekiwanych zmian, traci swoje emerytury. Jest to informacja druzgocąca, bowiem nawet z pieniędzmi na koncie nie żyło im się lekko. Willie (Morgan Freeman), Joe (Michael Caine) i Albert (Alan Arkin) stają więc przed nie lada problemem. Jeden z nich, będąc świadkiem napadu na bank wpada na genialny pomysł i w ten sam sposób chce odzyskać utracone emerytury. Koledzy przystają na ten szalony pomysł, a dalej fabuła toczy się już w myśl znanego schematu.


Można dopatrywać się tu społecznej refleksji na temat służby zdrowia czy też amerykańskiego systemu emerytalnego, który, oczywiście, zawodzi głównych bohaterów, nie to jednak jest clue "W starym dobrym stylu". Od tego filmu nie można oczekiwać niczego poza rozrywką. Mamy tu do czynienia z trzema wybitnymi aktorami, którzy, choć po osiemdziesiątce, starają się wykrzesać z siebie jak najwięcej. Każdy z nich zachowuje dobrze znane widzom elementy swojego stylu. I choć, tak jak wspomniałam, nie jestem fanką starszych artystów próbujących fikać na ekranie i udawać, że się ma mniej lat niż w rzeczywistości, w tym wypadku nie ogląda się tego źle. Wybrana przez Braffa trójka tworzy na ekranie fajną ekipę przyjaciół, którzy znają się od lat i zrobią dla siebie wszystko. Postaci drugoplanowe nie mają tu za dużo do powiedzenia, ale to również nie przeszkadza, widz bowiem ma skupić się na trójce starszych kolegów i ich perypetiach. Nie ma tu, na szczęście gagów z wymiotowaniem, odchodami, itp., można nawet stwierdzić, że panowie niejako akceptują ograniczenia jakie stawiają im ich ciała i nie walczą z nimi za wszelką cenę. Historia momentami nieco się przedłuża i mogłaby skończyć się kwadrans wcześniej, ale nie jest to wielki minus filmu. Kryminalna intryga bardzo szybko rozwija się jak w typowym heist movie, z tym, że osoby, które są w nią uwikłane nie mają o tym zielonego pojęcia (przez co oczywiście ładują się w nie lada kłopoty).

"W starym dobrym stylu" jest więc lekkim, sympatycznym filmem na pochmurny lipcowy dzień, który w nieprzymuszony sposób wywołuje uśmiech na twarzy. Aktorzy nie napinają się, nie udają, że uczestniczą w oscarowym filozoficznym dziele, nikt nie obiecuje tu metafizycznych uniesień, ale też nie zniża się z żartami do poziomu podłogi. Otrzymujemy pogodną produkcję o trzech staruszkach grających w bingo wplątujących się w akcję rodem z "Ocean's eleven".

niedziela, 25 czerwca 2017

Rzezimieszek z Camelotu.

Historia Króla Artura i jego wspaniałego magicznego miecza wałkowana jest w kinie od lat. Legenda sama w sobie jest naprawdę fascynująca i aż prosi się o ekranizację, niestety mało jest dzieł, które "robią to dobrze". Ostatnia produkcja, którą dane mi było zobaczyć to bardzo średni film z 2003 roku z Clivem Owenem w roli dzielnego rycerza. Od niedawna na ekranach gości wersja autorstwa samego Guya Ritchie, dla mnie jednego z najbardziej charakterystycznych twórców kina brytyjskiego. Znany z serii o Sherlocku Holmsie czy świetnego "Przekrętu" 48-letni reżyser cofa się w czasie aż do średniowiecza.

Historia jest prosta do bólu, choć nieco zmodyfikowana na potrzeby filmu. Szanowany i kochany król Uther z pomocą wykutego przez Merlina magicznego miecza Excalibura odpiera atak jednego z najpotężniejszych magów atakujących jego zamek Camelot. Niestety nie spodziewa się, że wśród jego najbliższych znajduje się zdrajca pragnący zawłaszczyć koronę. Uther ginie bohaterską śmiercią, a jego synowi szczęśliwie udaje się umknąć mordercy. Po latach nieświadomy swego pochodzenia chłopak w sumie przypadkiem wyciąga Excalibura, który po śmierci ojca tkwi wbity w skałę, i niezbyt chętnie, wznieca bunt przeciw uzurpatorowi, który okupuje tron. Pomagają mu w tym jego przyjaciele i tajemnicza czarodziejka (wiedźma/czarownica/ kobieta-mag?).

Wydaje mi się, że Ritchie, gość, który słynie z sensacyjnych filmów pełnych bójek na pięści okraszonych licznymi przekleństwami, ma za nic fakt, że Król Artur to postać z V w. Reżyser nawet na moment nie rezygnuje ze swojego stylu i, choć traktuje mit brytyjskiego króla raczej luźno, nie rezygnuje z kluczowych elementów tak ważnych dla tej legendy. Jego dotychczasowe dzieła, pełne przemocy i dość mocnych żartów, opowiadały historie o spryciarzach i rzezimieszkach szukających pomysłów na zarobek. Podobnie jest i tym razem - Artur to uliczny cwaniak, zbój, który próbuje przetrwać na własną rękę. Umie się bić, a jego główne źródło utrzymania to... bycie średniowiecznym alfonsem. Urywane dialogi, skomplikowane ruchy kamerą, szalony montaż eksperymentujący z prędkością daje nam typowy dla Brytyjczyka film, który wygląda w sumie jak bardzo długi teledysk (a więc wszystko się zgadza, bowiem Ritchie z teledyskami i reklamami miał też sporo do czynienia). Mamy do czynienia z widowiskiem, z zabawą formą, i jest to moim zdaniem widowisko udane.


Bardzo energiczna i naprawdę fajnie skomponowana ścieżka dźwiękowa efektownie wtapia się w film. Rażą niestety niektóre sceny fantasy -  efekty specjalnie niestety nie są mocną stroną Ritchiego. Bohaterowie to postaci z krwi i kości: koledzy Artura przywodzą na myśl średniowiecznych drobnych gangsterów, a sam król szlachetności i dostojności ma w sobie... raczej niewiele. Dobrze wypadają aktorzy w rolach drugoplanowych, na uwagę zasługuje zwłaszcza demoniczny Jude Law, który, choć trochę przerysowany, nie staje się groteskowy, lecz zachowuje elementy tajemniczości i mroku. Słynny Okrągły Stół również robi wrażenie, choć to nie on jest głównym elementem tego filmu. Historia toczy się niezwykle wartko, ale Ritchie pilnuje, by widz nie zagubił się w trakcie seansu. Niestety intryga czasem mocno zwalnia i niektóre ze scen są dość konkretnie przeciągnięte. Prostota fabuły natomiast nie uraziła mnie ani razu - to nie ma być przecież film historyczny ani filozoficzne rozważania nad średniowieczną Anglią!

Zastanawiająca jest natomiast różnorodność etniczna osób pojawiających się w filmie. Skoro film ma miejsce w V - wiecznej Anglii obecność tak wielu osób o innym niż biały kolorze skóry jest dość zastanawiająca. Absolutnie nie umniejsza to wartości danej postaci, niemniej, trochę gryzie mnie taka niekonsekwencja i.. może niepotrzebna w tym miejscu postępowość. Cóż, trzeba więc przyjąć, że reżyser potraktował luźno zarówno treść legendy, jak i jej społeczne tło.

Choć nowa ekranizacja "Króla Artura" ma kilka wad, film ogląda się z zaciekawieniem. Guy Ritchie stworzył kino, przy którym można się dobrze bawić. Reżyser zabierając się za tak znaną i wałkowaną wielokrotnie historię wiedział, że czeka go nie lada wyzwanie i tchnął w nią trochę życia. Z jego poczuciem humoru i specyficznym stylem narracji mamy do czynienia z naprawdę interesującą interpretacją legendy, która z pewnością spodoba się nie tylko fanom brytyjskiego twórcy.

środa, 7 czerwca 2017

Proza życia to przyjaźni kat.

Bardzo lubię filmy spokojne. Stonowane, niszowe produkcje, które nie są napakowane tysiącem efektów specjalnych i przytłaczającą muzyką. Nakręcić cichy, obyczajowy film to nie lada sztuka - chciałam się więc podzielić z wami jednym z nich, bo obawiam się, że przejdzie bez echa.

"Mali mężczyźni" to kolejna produkcja w dorobku Iry Sachsa, reżysera znanego zapewne niewielkiej grupie osób. Twórca "Zostań ze mną" i "Miłość jest zagadką" skupia się tym razem na dramacie rodziny i problemie zróżnicowania społecznego. Rzecz dzieje się w Nowym Jorku. "Bohaterami" jako takimi można nazwać dwie jednostki: rodzinę Jardine i rodzinę Calvelli; ta pierwsza, po śmierci dziadka zmuszona jest do przeprowadzki z eleganckiej dzielnicy na Brooklyn, gdzie mieści się odziedziczona w spadku kamienica. W suterenie mieści się sklep odzieżowy prowadzony przez Leonor Calvelli, mieszkającą ze swoim synem Tonym. Tony i Jake Jardine to rówieśnicy, zaprzyjaźniają się w mgnieniu oka. Spędzają mnóstwo czasu razem grając w gry, jeżdżąc na rolkach aż w końcu decydują się zdawać do artystycznej szkoły La Guardia. Jake to nieśmiały i wrażliwy chłopiec, który swoje emocje przelewa na papier w formie rysunków. Tony z kolei to wulkan energii, próbujący swoich sił w aktorstwie. Co staje więc na przeszkodzie ich przyjaźni? Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to na pewno są to pieniądze. Sklep Leonor przestaje być rentowny, a kobiety nie stać na płacenie wyższego czynszu. Rodzice Jake'a z kolei w wynajmie upatrują największego zysku, bowiem rodzina utrzymuje się głównie z pracy matki (Jennifer Ehle). Narastający konflikt między dwiema stronami wystawia przyjaźń chłopców na próbę.


"Ale nuda" - ktoś może pomyśleć. Owszem, nie są to fajerwerki wybuchające na ekranie co pięć minut. To kino spokojne, ale wymagające skupienia. Każda ze stron konfliktu ma swoje argumenty, a decyzje przez nie podejmowane podyktowane są dobrem dzieci. Chłopcy nie za bardzo rozumieją co się tak właściwie dzieje, przyjmują problem między rodzicami jako fanaberię, coś tymczasowego, podczas gdy ich przyjaźń będzie trwać w nieskończoność. Zarówno Tony (Michael Barbieri) jak i Jake (Theo Taplitz) błyszczą na ekranie, przyciągając uwagę swoimi skrajnie odmiennymi charakterami i pokazując niezwykłą dojrzałość i wrażliwość. Mali przyjaciele kierują się empatią, a nie ekonomicznymi pobudkami. Obca jest im jeszcze chciwość i zawiść. A fabuła, choć zdaje się prosta, tak naprawdę przedstawia problem, który może dotyczyć każdego z nas. Ira Sachs nie przyznaje racji żadnemu z rodziców, daje do zrozumienia, że zarówno samotna Leonor, jak i Kathy i Brian Jardine mają swoje racje i chcą tak naprawdę tylko jednego - dobra swoich dzieci. A gdy w grę wchodzi pieniądz, każdy będzie pilnował tego, by to jemu było jak najlepiej.

"Mali mężczyźni" pokazują jak proza życia może wywrócić coś, co wydaje się oczywiste do góry nogami. Jak niezbadane są wyroki losu (brzmi jak frazes, ale to prawda!) i jak nieoczywiste jest nasze życie. Jak dziecięca wizja rzeczywistości może upaść pod ciężarem dorosłego życia pełnego problemów. Finał bez happy endu może niektórym malkontentom wydawać się dołujący, ale Sachs daje nam raczej do zrozumienia, że pewne decyzje niosą ze sobą konsekwencje rzutujące na naszą przyszłość. I że czasem trzeba przyjąć to, co daje nam los.