niedziela, 8 października 2017

Sequel (prawie) idealny.

Ten film miał szansę na absolutną porażkę - w końcu nie raz kino było świadkiem nieudolnych prób przywrócenia wspaniałych klasyków sprzed lat, takich, które każdy wspomina z łezką w oku. Denis Villeneuve otrzymał w spadku od Ridleya Scotta niesamowicie trudne zadanie, które wystawia na próbę jego reżyserskie umiejętności. Mogę was jednak zapewnić, że wybór Kanadyjczyka na odtworzenie historii sprzed 35 lat to strzał w dziesiątkę. Panie i panowie, 6 października do polskich kin wkracza "Blade Runner 2049".

Kontynuacja tak wielkiego tytułu to nie lada wyzwanie, można by pomyśleć, że w sumie z góry skazane na porażkę. Reżyser jednak bardzo sprytnie podszedł do tematu, obdarowując widzów jednocześnie dalszymi losami znanych już wcześniej bohaterów jak i wprowadzając do historii swoje autorskie pomysły. Nie próbuje na siłę ciągnąć oryginału, lecz jedynie traktuje go jako bazę, dodając zupełnie nowy (i naprawdę udany) scenariusz.


Fabuła "Blade Runnera" tak naprawdę nie jest bardzo skomplikowana. Mamy Los Angeles, rok 2049 - świat to wyjałowiona i nieprzyjazna nikomu ziemia (genialny Roger Deakins i jego zdjęcia). Głównym bohaterem jest K (Ryan Gosling) - replikant pracujący dla policji, tytułowy blade runner, który podróżując po opustoszałej ziemi ściga zbuntowane, stare modele androidów. Jedna z jego misji owocuje nieprawdopodobnym odkryciem, które zachwieje porządkiem ustalonym w społeczeństwie. Zbierając poszlaki natrafia na trop Ricka Deckarda, łowcy androidów uznanego za zaginionego, a jego zaangażowanie w sprawę okazuje się być dużo bardziej niebezpieczne niż mógłby przypuszczać. Przeszłość łączy się z teraźniejszością, by poprowadzić bohatera do starcia nie tylko z wrogiem, ale też z samym sobą.

Już od pierwszej sceny reżyser wyznacza tempo filmu i daje do zrozumienia, że będziemy mieć do czynienia z trudnym i skomplikowanym dochodzeniem. K jest detektywem, i jak na dobrego detektywa przystało stara się odkryć wszystkie elementy układanki i doprowadzić sprawę do końca. Ryan Gosling nigdy nie należał do moich ulubionych aktorów, głównie ze względu na jego brak mimiki, który w "Blade Runnerze 2049" sprawdza się wręcz doskonale. Ze stoickim jak na replikanta spokojem na twarzy K stara się dotrzeć do sedna sprawy, zagłębiając się w nią coraz bardziej. Świat wokół niego nie pozwala na ani jedną chwilę słabości. Coraz mniej jest miejsca na ludzkie odruchy, na wrażliwość i zaufanie. Ciężki i mroczny klimat miasta potęguje wrażenie samotności bohatera, który w miarę rozwoju fabuły odsłania swoją "ludzką" stronę i przechodzi niezwykłą drogę to poznania własnej tożsamości. Zjawiskowe zdjęcia pokazujące Los Angeles przyszłości, okraszone świetną muzyką Hansa Zimmera (którego chwaliłam nie tak dawno za soundtrack do "Dunkierki"), naprawdę przyprawiają o ciarki na plecach. 

Spotkałam się z opiniami, że nie trzeba znać poprzedniej części, by móc iść na najnowszą i w pełni ją zrozumieć. Nie wydaje mi się to prawdą - choć historia jest dość odseparowana od tej z '82, dużo bardziej można wejść w stworzony przez Villeneuve świat mając już jakieś pojęcie na jego temat. Niemniej jednak, opowieść wyreżyserowaną przez Kanadyjczyka można traktować jako uniwersalny dramat o człowieczeństwie i miejscu bohatera w świecie. Rewolucja, którą nieświadomie zapoczątkuje bohater grany przez Goslinga będzie rozgrywać się również w nim samym. Choć otoczony ludźmi, tak naprawdę jest zdany tylko na siebie. Nie ma sensu porównywanie obu części i dociekanie ile starego "Blade Runnera" jest w nowym. Co świadczy o byciu człowiekiem? Jaka jest granica między androidami a ludźmi? Kto w tej walce jest prawdziwie dobry? - to pytania, które zdecydowanie będą nasuwać się na myśl w trakcie seansu. Głównemu bohaterowi godnie towarzyszą postacie drugoplanowe, poprawnie odgrywając przypisane im role - Robin Wright jako surowa pani porucznik, Ana de Armas jako hologramowa "partnerka" K i oczekiwany Harrison Ford powracający w roli Deckarda - nadal w formie, choć widać już upływ czasu.


Jedyne do czego mogę się przyczepić to monumentalność dzieła. Momentami czułam się przytłoczona wątkami i symboliką, która wyzierała prawie z każdego kadru. Bardzo specyficzny jest też sposób budowania scen; niektóre rozbudowane są do granic możliwości, przez co stają się niekiedy nużące, tak by za chwilę przejść do szybkiej sekwencji np. pościgu. Zdaję sobie sprawę, że "Blade Runner 2049" nie ma być filmem akcji wypełnionym strzelaniną i kaskaderką, jednak powolność niektórych ze scen męczyła mnie trochę i nie pozwoliła się skupić w 100% na tym, co dzieje się na ekranie.

Być może "Blade Runner 2049" to nie jest film dla każdego. Być może zostanie odrzucony przez osoby, którym gatunek science-fiction jest kompletnie obcy... a szkoda, bo to głęboka i skomplikowana refleksja nad istotą człowieczeństwa, swoiste rozważanie nad kondycją gatunku ludzkiego, przy okazji przedstawiające nie tak daleką i prawdopodobną przyszłość.

piątek, 22 września 2017

Pocztówka z Amsterdamu.

Lato nie należy do ciekawych okresów dla kina. Dystrybutorzy zazwyczaj wypuszczają do kin produkcje lekkie, łatwe i przyjemne, wakacyjne historyjki, które mają na celu zapchać dziury w letnim repertuarze. Wraz z nadejściem września tych wartościowych pozycji pojawia się coraz więcej. 8.09 miała miejsce polska premiera melodramatu Justina Chadwicka "Tulipanowa gorączka", który to obraz bazuje na powieści pisarki Deborah Moggah o tym samym tytule. Jak już wspominałam wcześniej, często wybieram się do kina na ekranizacje książek; dodatkowo, dystrybutorzy kilkakrotnie przesuwali datę premiery. Melodramaty to wbrew pozorom gatunek dość trudny, "Tulipanowa gorączka" miała więc szansę na zdobycie mojego serca lub na wielką porażkę.

Akcja filmu została umieszczona w XVII-wiecznym Amsterdamie, w okresie, w którym handel tulipanowymi cebulkami rozwija się w szalonym tempie a ludzie dosłownie szaleją na punkcie tych popularnych kwiatów. Oszustwa, ryzykowne i nielegalne interesy - mieszkańcy stolicy zrobią dosłownie wszystko by zdobyć choć jedną cebulkę. Na tle miasta rozgrywa się historia zamożnego handlarza Cornelisa, podstarzałego bogacza, który prowadzi nudne życie u boku młodziutkiej żony Sophii (Alicia Vikander). Ich życie wydaje się ułożone i nad wyraz spokojne, mężczyzna jednak nie może doczekać się potomka, co wydaje się jego największym marzeniem. Narastająca frustracja burzy atmosferę w domu. Pewnego dnia Cornelis postanawia wynająć prywatnego malarza, by wykonał portret jego rodziny, nie zdając sobie sprawy jak bardzo wywróci to jego życie do góry nogami. Między Sophią a młodym artystą budzi się uczucie, które okazuje się bardzo niebezpieczne nie tylko dla nich, ale też dla ich najbliższych.

Nie mogę powiedzieć, żeby wersja książkowa sprawiła, że padłam z zachwytu. Było w niej jednak coś intrygującego, wyczuwało się emocje między postaciami. W filmowej adaptacji tych emocji kompletnie brak. Cały film jest boleśnie przewidywalny i nad wyraz schematyczny: bohaterom brakuje werwy do grania, snują się po ekranie i wygłaszają swoje kartonowe kwestie bez grama przekonania. W "Tulipanowej gorączce" nie ma ani jednej postaci, która wybijałaby się swoją rolą na tle innych. Zach Galifianakis jako kolega-malarz, Judi Dench w roli zakonnicy oraz Tom Hollander jako lekarz pokazani zostali jako elementy "rozśmieszające", które nijak pasują do konwencji filmu. Głowni bohaterowie grają sceny pełne namiętności, pasji, jednak brak im jakiejkolwiek autentyczności. Alicia Vikander prezentuje się pięknie, lecz co z tego skoro przez 1,5h nie zmienia nawet swojej miny?


Jedyne do czego nie można się przyczepić to kolory i kostiumy, które w "Tulipanowej gorączce" są dobrze dobrane i miło jest na nie popatrzeć. Poszczególne sceny wyglądają jak wycięte z XVII-wiecznego obrazu, choć montaż filmu jest dość specyficzny i mi osobiście przeszkadzał w seansie. Muzyka skomponowana została przez jednego z moich ulubieńców - Danny'ego Elfmana, nie jest ani zła, ani dobra, ot, płynie sobie razem z filmem.

Reasumując, Justin Chadwick stworzył kolejny schematyczny melodramat kostiumowy, w którym zachowawczość znów wzięła górę. Cieszę się, że tę niemrawą gorączkę ratuje chociaż strona wizualna, przez co przez półtorej godziny możemy podziwiać ładne amsterdamskie obrazki.

czwartek, 10 sierpnia 2017

"W tym ocaleniu było jednak zwycięstwo..."

Rok 1940, operacja "Dynamo". Setki tysięcy żołnierzy Zjednoczonego Królestwa stłoczonych na francuskiej plaży czeka na pomoc. Dom jest praktycznie w zasięgu ręki, można zobaczyć wybrzeże majaczące gdzieś w oddali. Sparaliżowane wojska ostatnimi siłami chwytają się resztek nadziei. Jeden z najważniejszych momentów II wojny światowej uchwycony został tym razem w kamerze (kamerach, i to IMAXa) samego Christophera Nolana. Brytyjski twórca sięga do przeszłości i, w swoim specyficznym stylu, angażuje do produkcji swoich ulubionych artystów, jak na przykład Cilliana Murphy'ego czy Hansa Zimmera by przedstawić nam ten znany, choć może nie do końca zgłębiony przez kinematografię, epizod z lat 40.


Możemy przyjrzeć się kilku wątkom rozgrywanym zarówno na lądzie, jak i w powietrzu. Kilkoro bohaterów wybija się na tle żołnierskiej masy, m.in. pan Dawson grany przez Marka Rylance'a czy też Tom Hardy w roli pilota spitfire'a. Mimo tego, że widzimy wiele postaci i pokazane mamy interakcje między nimi, paradoksalnie to nie one są w "Dunkierce" najistotniejsze. Wręcz przeciwnie, stanowią jedynie tło dla wydarzeń, które dzieją się wokół nich. W tej produkcji nie skupiamy się na ich przeszłości, losach, marzeniach. Mają za zadanie obnażyć okrucieństwo wojny, pokazać różne postawy i sposoby postrzegania ewakuacji francuskiego wybrzeża i wojny samej w sobie. Co znaczy dla nich poświęcenie, patriotyzm, ojczyzna? Co ciekawe, wroga, czyli Niemców, tak naprawdę nie widać, czujemy jednak ich obecność, strach przed ich nadejściem. I mimo, że główny akcent nie pada na aktorów występujących w filmie, są oni nadzwyczaj dobrze dobrani. Świetna rola Cilliana Murphy'ego pokazuje, że jest to jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych aktorów.

"Dunkierka" to produkcja, w której praktycznie brak słów, a jeśli jakieś już padają, są one istotnym dla reszty opowieści elementem.. Tak jak wspomniałam, to nie aktorzy i ich losy grają tu pierwsze skrzypce. Nolan chce zwrócić naszą uwagę na obraz, wiele rzeczy dopowiada dźwiękiem, jakąś ciekawie zrealizowaną sceną, a nie dialogiem. To niesamowite uczucie - przeżywać tak mocno i osobiście obraz, w którym zdjęcia i dźwięk mówią same za siebie. Reżyser uwypukla w ten sposób uczucie niepokoju i strachu: strachu przed porażką i przede wszystkim przed śmiercią. Dodatkowym ogniwem podkręcającym emocje u widza jest wybitna ścieżka dźwiękowa. Hans Zimmer plasuje się w mojej osobistej czołówce wybitnych kompozytorów - tym razem przechodzi samego siebie. Jego utwory przenikają na wskroś, wchodzą do głowy i wybijają (dosłownie!) czas do ewakuacji. Każdy dźwięk ma w tym filmie znaczenie, ma zaznaczyć swoją obecność i dać wyraz horrorom jakie przeżywali brytyjscy żołnierze stojąc bezradnie na plaży.

Niewątpliwym atutem "Dunkierki" jest brak chronologii i pocięte wątki. Nolan po raz kolejny bawi się i manipuluje czasem jako konceptem i pokazuje, że wyśmienicie mu to idzie, tak jak w "Incepcji", "Memento" czy "Interstellarze". Świetnie wykonany zabieg nie tylko przekazuje nam daną historię w kompletnie nowy sposób, ale również stanowi ważny symbol i przedstawia wojnę jako swoistą metaforę chaosu i bezładu, w którym brak jest miejsca na zadumę, zawahanie. Trzy linie czasowe przedstawione w filmie wydają się z początku być ułożone "byle jak", później jednak jesteśmy w stanie dostrzec ich logikę, ich dążenie do połączenia się pod koniec opowieści. Reżyser równocześnie zagina czasoprzestrzeń i obnaża prawdę na temat jednego z najważniejszych epizodów II wojny światowej.


Nolan nie pierwszy raz pokazuje jak dobrym jest reżyserem. Wprawdzie jego poprzednie produkcje nie były wolne od wad (i to całkiem poważnych), jednak tu zarówno wybór tematu jak i sposób przekazania go publiczności to strzał w dziesiątkę. Dawno nie widziałam w kinie tak dobrze zrealizowanego filmu, tak smutnego, a jednocześnie dającego nadzieję. "Dunkierka" to obraz niesamowicie mądry, pozbawiony przytłaczającego chaosu, który męczył mnie choćby w "Interstellarze". Jest to dla mnie absolutny must see, obraz, do którego z pewnością jeszcze wrócę, nie dla samych wrażeń wizualnych, lecz dla historii, dla tej poruszającej opowieści o człowieku i jego wartościach, o strachu, niepewności i zwyczajnym pragnieniu życia.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Anoreksja pod kontrolą.

Netflix (w tym również wersja polska) już od jakiegoś czasu wypuszcza pełnometrażowe filmy pod swoim szyldem, niektóre promowane jako bardziej niezależne, inne trochę mniej. Od jakiegoś czasu na platformie miał pojawić się ważny film. Film zapowiadany jako przełomowy, przerażający, ogólnie dający do myślenia. Od 14 lipca dostępny jest dla subskrybentów Netflixa, tak więc i ja postanowiłam zobaczyć o co tyle szumu z komentowanym "To the bone" w reżyserii Marti Noxon.

Można z całą pewnością stwierdzić, że produkcji o anoreksji jest już na rynku wiele, choć i tak mniej niż o innych zaburzeniach psychicznych jak choćby schizofrenia czy depresja. Wydaje mi się, że ciągle traktujemy to schorzenie jako temat tabu, coś o czym niekoniecznie się rozmawia, mimo faktu, że dotyka coraz więcej młodych osób obu płci. To straszliwa choroba zbierająca ogromne żniwo, której osobiście chyba sama do końca nie jestem w stanie pojąć. Netflix wydaje się korzystać z okoliczności i tworzy film "na czasie" - żyjemy bowiem w czasach skrajności, w których z jednej strony z okładek czasopism spoglądają na nas wychudzone modelki, a z drugiej na całym świecie debatuje się na temat coraz bardziej otyłych dzieci i nastolatków. Twórczyni "Aż do kości" oparła historię na własnych doświadczeniach, można więc spodziewać się obrazu realistycznego (i przy tym drastycznego).


Bohaterkę Ellen (Lily Collins) poznajemy już w zaawansowanym stadium choroby. Dziewczyna ma za sobą wiele interwencji i hospitalizacji, jej rodzina chwyta się dosłownie wszystkiego i po raz kolejny zapisuje ją do znakomitego specjalisty, dr Beckhama (Keanu Reeves). Ten kieruje ją do specjalnego ośrodka, w którym to razem z kilkoma innymi podopiecznymi poddaje się terapii.  To ma być jej ostatnia szansa na powrót do zdrowia. Na miejscu poznajemy perypetie nie tylko głównej bohaterki, ale też innych osób znajdujących się w ośrodku. 

Ellen cechuje widoczna niechęć do otoczenia połączona z kompletnym zrezygnowaniem. Daje upust swoim zdolnościom artystycznym udostępniając depresyjne treści na Tumblrze. Reżyserka pokazuje jej małe obsesje, które składają się na całość jej zaburzenia: skrupulatne liczenie kalorii, intensywne ćwiczenia, pilnowanie, by obwód ramienia nie przekroczył konkretnej cyfry. Dziewczyna niknie w oczach, wydaje się jednak, że nie robi to na niej żadnego wrażenia. Sesje terapeutyczne z rodziną również nie przynoszą skutku, choć pokazują przy tym ciekawą perspektywę rodziny bohaterki. Zderzenie dwóch przeciwstawnych światów - macochy oraz matki Ellen - oraz przyrodniej siostry Kelly, która czuje jakby nie miała własnego życia, oferuje widzom przekrój różnych punktów widzenia. Wspomniana Kelly opowiada jak jej koleżanki naśmiewają się z głównej bohaterki. Macocha swoją nadgorliwością pokazuje, że mimo różnic charakteru bardzo jej zależy. Matka mieszka w Phoenix z inną kobietą i, choć mało obecna, zapewnia o swoich uczuciach. Aż do końca nie wiadomo czy dziewczynie uda się przezwyciężyć tę straszliwą chorobę i podjąć walkę z samą sobą.

Prawdę mówiąc, ciężko jest połapać się tak naprawdę gdzie znajduje się przyczyna problemu (czy jest to wada czy zaleta filmu? nie potrafię stwierdzić). W międzyczasie poznajemy też historie kilku innych mieszkańców ośrodka, wątki zaczynają się więc mnożyć aż w końcu nie wiadomo, na którym powinniśmy się najbardziej skupić. Trzeba jednak przyznać, że to do jakiego stanu doprowadziła się Lily Collins zasługuje na podziw. Jej grze aktorskiej również nie można nic zarzucić. Reszta aktorów stanowi bezpieczne tło dla historii Ellen i pokazuje, że choroba nie pomija żadnej grupy społecznej. Keanu Reeves sprawdza się w swojej roli bezpośredniego, ale oddanego swojej pracy lekarza. 

Cały seans przetrwałam w skupieniu, nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że "Aż do kości" nie wstrząsnęło mną tak, jak powinno. Całość przedstawiono w dość lekkiej formie, nierzadko przerywanej elementami humorystycznymi, a nawet wątkiem miłosnym. Noxon stworzyła film, który może i porusza, ale nie na długo, i nie wszystkich. Wydaje mi się, że głównego targetu produkcji, czyli osoby między 16 a 20 rokiem życia nie zaszokuje to, co zobaczą na ekranie. A powinno. Bo anoreksja to choroba przerażająca, taka, przed którą powinno się ostrzegać. Nie mówię o stworzeniu moralitetu, dokumentu, który ma być puszczany na lekcji wychowawczej, ale o filmie, który znajdzie czas na refleksję nad psychiką anorektyka, nad motywami, które nim kierują, bez zbędnych wątków pobocznych. "Aż do kości" miało potencjał na naprawdę dobrą produkcję. Może to polityka Netflixa, a może brak pomysłu sprawił, że seans jest ciekawy, jednak nie mogę pozbyć się odczucia, że to mimo wszystko pozycja bezpieczna, prosta w odbiorze. 

wtorek, 25 lipca 2017

Grumpy Cat po szwedzku.

Długo trzeba było czekać na pojawienie się "Mężczyzny imieniem Ove" w naszych kinach. Ten szwedzki film, nominowany do Oscara m.in. w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny” miał swoją światową premierę już w końcówce 2015 roku. Bardzo cieszę się, że w końcu dotarł i do nas, bo choć ze Szwecji, czyli z niedaleka, nim trafił do polskiej dystrybucji zdążył zachwycić cały świat, zgarniając chociażby Europejską Nagrodę Filmową w kategorii „najlepsza komedia”. Komedia jednak to słowo zdecydowanie nieodpowiednie dla tej produkcji.

Ove ma niecałe 60 lat, wygląda jednak dużo starzej. Jego dni sprowadzają są do prostej rutyny: poranny obchód po swoim osiedlu domków jednorodzinnych, praca na kolei, kupno kwiatów i spacer na cmentarz, gdzie leży jego niedawno zmarła żona Sonja. Mężczyzna jest gburowatym, krzykliwym jegomościem – nikt nie chciałby obok niego mieszkać. Ma dość wszystkiego i wszystkich, strofuje każdego kto wejdzie mu w drogę, narzeka na łamanie zasad, lenistwo, sąsiadów. Kiedy zostaje zwolniony bezpowrotnie traci radość życia i chce jak najszybciej zejść z ziemskiego padołu, by móc połączyć się ze swoją ukochaną. Problem w tym, że ciągle ktoś mu w tym przeszkadza. Na jego osiedlu pojawia się młode małżeństwo z dwójką dzieci, które próbuje przebić się przez skorupę i dotrzeć do, dobrego w gruncie rzeczy, serca staruszka.


Film sam w sobie jest niezwykle szwedzki, pokazuje typowy dla tamtego kraju sposób postrzegania różnych kwestii. Dodatkowo podejmuje, z przymrużeniem oka oczywiście, tematy aktualne dla współczesnego świata, takie jak równouprawnienie, niepełnosprawność. Wielość wątków i postaci pojawiających się w trakcie seansu w niczym jednak nie przeszkadza, stanowi bardziej ciekawe tło dla perypetii głównego bohatera. Postaci drugoplanowe są barwne, ale nie przytłaczają roli Ovego, który portretowany jest wręcz bezbłędnie przez Rolfa Lassgårda. Komediowe elementy wprowadzane są naturalnie, nie wpycha się nam tu na siłę zbędnych gagów, za co bardzo jestem reżyserowi wdzięczna. 

Ważne jest jednak to, by pod warstwą żartów o przewadze Saaba nad Volvo dostrzec prawdziwe przesłanie filmu. Dzięki nowej sąsiadce, Parvaneh, odkrywamy prawdziwą historię Ovego, jego zawiłe losy i tragiczną przeszłość, która przyczyniła się poniekąd do jego gderliwości. Zagłębiając się stopniowo w jego opowieść zdajemy sobie sprawę, że bardzo łatwo nam było ocenić mężczyznę po pozorach, nie zdając sobie sprawy jak mocno doświadczyło go życie. Wyznający twarde zasady, nauczony przez los mężczyzna, jak sam mówi, "nie potrafi zapanować nad chaosem" kiedy jego żony z nim już nie ma. Jego świat, tak oczywisty i sprowadzony do żelaznych reguł, po śmierci Sonji runął w gruzach a wokół nie ma nikogo, kto by mu te nowe realia objaśnił. 

Cały seans ma oczywiście komediowy wydźwięk, nie oferuje nam jednak oczekiwanego happy endu. W ciekawy i na pewno nieoczywisty sposób kreśli historię głównego bohatera i jego relacje z otaczającymi go ludźmi i stanowi interesujące spojrzenie na samotność wśród starszych ludzi. Skandynawskie kino po raz kolejny mnie nie zawiodło!

poniedziałek, 17 lipca 2017

Was he slow?

Nadeszło lato a Edgar Wright po raz kolejny postanowił nas uraczyć swoim dziełem. Twórca "Scotta Pilgrima" nie należy raczej do "gigantów" kina, lecz ma w sobie "to coś", co przyciąga jego fanów, swój niepowtarzalny styl, który tym razem możemy sprawdzić w filmie o wdzięcznym tytule "Baby driver".

Już sam plakat przywodzi mi na myśl tematykę wyścigów samochodowych, gdzie buzuje adrenalina, pełno jest męskiej rywalizacji i przez dwie godziny piszczą opony. Nie mijam się tu z prawdą, bowiem wokół aut i pościgów akcja "Baby drivera" jest zbudowana, niemniej, nie stanowi to clue filmu. Bohaterem jest młody chłopak o imieniu zasugerowanym przez sam tytuł. Baby ma fioła na punkcie muzyki i jazdy samochodem. Spacerując w rytm puszczanych z iPoda piosenek stara się zagłuszyć szum w uszach, który powstał na skutek wypadku drogowego. Niestety, w młodości wpadł w niemałe tarapaty, których konsekwencje ponosi do dziś. Spłacając swój dług u groźnego mafioza nasz bohater marzy o życiu bez zmartwień, podróżach bez końca z muzyką w głośnikach. Gdy w jego życiu pojawia się piękna dziewczyna, Baby jeszcze mocniej pragnie skończyć z kryminalną przeszłością. Nie jest to, jak wiadomo, takie proste, a chłopak zostaje wrobiony w napad, który wydaje się niemożliwy do wykonania.


To kolejna pozycja kinowa z ostatnich tygodni igrająca z gatunkiem heist movie i nadająca całości komediowego klimatu. Postaci, zarówno Baby jak i towarzyszący mu bohaterowie drugiego planu są barwni i nietuzinkowi, z lekka przerysowani. Każda z osób ma własny plan na życie, własny świat. Jon Hamm czy Jamie Foxx w roli bezwzględnych kryminalistów wypadają bardzo przekonująco. Wątek miłosny czy zemsty są przedstawione w sposób przesadzony, jednak wynika to z konwencji jaką narzuca filmowi reżyser. Co więcej, muzyka to element kluczowy dla całego filmu, bowiem dyktuje ona nie tylko rytm życia Baby'ego, ale też chociażby szybkość wystrzeliwanych nabojów bądź sposób podawania kawy czy smarowania chleba. Przeróżne kawałki puszczane z odtwarzacza sprawiają, że noga sama zaczyna stukać w rytm piosenek. Ten ciekawy motyw z pewnością dodaje energii i nadaje prędkość całemu obrazowi. 

Nie będę jednak ukrywać, że "Baby driver" to film o nieskomplikowanej fabule, która podkręcana jest co rusz efektownymi pościgami samochodowymi. Owszem, robią one wrażenie, jednak w pewnych momentach odczuwa się zmęczenie a sama produkcja gubi rytm. Sceny dialogowe nie są zbyt ambitne, a niektóre ze scen dłużą się niemiłosiernie. Po pewnym momencie chciałam, żeby film już się skończył, lecz w momentach (naliczyłam trzy), w których powinno się to stać bez szkody dla całości, reżyser dokładał kolejne elementy, rozciągając historię do prawie dwóch godzin. Wprawiło mnie to w irytację, ponieważ Wright za wszelką cenę chciał pokazać wszystko, co miał w zamyśle. A te 20 minut naprawdę wyszłoby mu na dobre.

"Baby driver" to gratka dla miłośników muzyki i dobrego montażu. Ciekawie nakręcone sceny robią wrażenie, a pościgi są efektowne. Fabuły nie należy traktować w 100% serio. Luźny klimat wprowadza fajny, lekki nastrój i należy docenić reżysera za podjęcie trudu i stworzenie takiego filmu w czasach wielkich hollywoodzkich produkcji pełnych efektów specjalnych. Niemniej, samo zakończenie pozostawia wiele do życzenia, a wiele ze scen ciągnie się zaburzając tempo akcji. Jestem jednak przekonana, że fani Wrighta na pewno będą zadowoleni z seansu.

niedziela, 9 lipca 2017

Jak obrabować bank z ósmym krzyżykiem na karku.

Nakręcić prawdziwie zabawną komedię to nie lada sztuka. Zwłaszcza jeśli myślimy o kinie amerykańskim, nierzadko pełnym tandetnych efektów, slapstickowych żartów i wiecznie powracających motywów, które momentami są zwyczajnie żenujące. Bardzo ciężko jest też mi polubić filmy, które w rolach głównych mają znanych i cenionych aktorów starszego pokolenia, którzy wygłupiając się i przybierając stereotypowe komediowe role "śmiesznych staruszków" próbują pociągnąć jeszcze jakoś swoją karierę. Na przedpremierowy seans "W starym dobrym stylu" Zacha Braffa (znanego z "Powrotu do Garden State") wybierałam się więc, przyznam się szczerze, wyłącznie z powodu brzydkiej pogody, która przegoniła mnie do kina. Teraz jednak mogę powiedzieć, że nie był to wcale czas stracony.

Historia nie należy do skomplikowanych: trzech przyjaciół z pracy, na skutek korporacyjnych przekrętów i nieoczekiwanych zmian, traci swoje emerytury. Jest to informacja druzgocąca, bowiem nawet z pieniędzmi na koncie nie żyło im się lekko. Willie (Morgan Freeman), Joe (Michael Caine) i Albert (Alan Arkin) stają więc przed nie lada problemem. Jeden z nich, będąc świadkiem napadu na bank wpada na genialny pomysł i w ten sam sposób chce odzyskać utracone emerytury. Koledzy przystają na ten szalony pomysł, a dalej fabuła toczy się już w myśl znanego schematu.


Można dopatrywać się tu społecznej refleksji na temat służby zdrowia czy też amerykańskiego systemu emerytalnego, który, oczywiście, zawodzi głównych bohaterów, nie to jednak jest clue "W starym dobrym stylu". Od tego filmu nie można oczekiwać niczego poza rozrywką. Mamy tu do czynienia z trzema wybitnymi aktorami, którzy, choć po osiemdziesiątce, starają się wykrzesać z siebie jak najwięcej. Każdy z nich zachowuje dobrze znane widzom elementy swojego stylu. I choć, tak jak wspomniałam, nie jestem fanką starszych artystów próbujących fikać na ekranie i udawać, że się ma mniej lat niż w rzeczywistości, w tym wypadku nie ogląda się tego źle. Wybrana przez Braffa trójka tworzy na ekranie fajną ekipę przyjaciół, którzy znają się od lat i zrobią dla siebie wszystko. Postaci drugoplanowe nie mają tu za dużo do powiedzenia, ale to również nie przeszkadza, widz bowiem ma skupić się na trójce starszych kolegów i ich perypetiach. Nie ma tu, na szczęście gagów z wymiotowaniem, odchodami, itp., można nawet stwierdzić, że panowie niejako akceptują ograniczenia jakie stawiają im ich ciała i nie walczą z nimi za wszelką cenę. Historia momentami nieco się przedłuża i mogłaby skończyć się kwadrans wcześniej, ale nie jest to wielki minus filmu. Kryminalna intryga bardzo szybko rozwija się jak w typowym heist movie, z tym, że osoby, które są w nią uwikłane nie mają o tym zielonego pojęcia (przez co oczywiście ładują się w nie lada kłopoty).

"W starym dobrym stylu" jest więc lekkim, sympatycznym filmem na pochmurny lipcowy dzień, który w nieprzymuszony sposób wywołuje uśmiech na twarzy. Aktorzy nie napinają się, nie udają, że uczestniczą w oscarowym filozoficznym dziele, nikt nie obiecuje tu metafizycznych uniesień, ale też nie zniża się z żartami do poziomu podłogi. Otrzymujemy pogodną produkcję o trzech staruszkach grających w bingo wplątujących się w akcję rodem z "Ocean's eleven".