piątek, 25 listopada 2016

Zemsta między wierszami.

Tom Ford nigdy nie należał do grona moich ulubionych reżyserów. Jego “Samotny mężczyzna” ani nie mnie wzruszył, ani nie zachwycił. W “Zwierzętach nocy” jest jednak coś, co nie pozwala mi o nich zapomnieć od dobrego tygodnia.

Film to oparta na książce “Tony i Susan” Austina Wrighta opowieść. O czym? Przed seansem tak naprawdę trudno stwierdzić. Dystrybutor szumnie nazywa go thrillerem o zemście, a ja, choć doszukałam się w nim czegoś więcej, nie mogę do końca stwierdzić, że zrozumiałam go w 100%.

Susan, piękna właścicielka galerii wiedzie szczęśliwe życie u boku opalonego bogatego businessmana. Wielki dom, pieniądze, eleganckie spotkania. Widać jednak, że to wszystko tylko pozory. Pewnego dnia otrzymuje w paczce manuskrypt powieści “Zwierzęta nocy” od swojego byłego męża Edwarda, który prosi ją o ocenę. W momencie rozpoczęcia lektury światy zaczynają się rozwarstwiać. Powstaje kilka równoległych fabuł. Wciąż śledzimy teraźniejsze losy Susan, ale także historię opisaną w książkach. W miarę czytania pojawia się również płaszczyzna opisująca przeszłość kobiety, jej spotkanie, krótkie małżeństwo z Edwardem i rozstanie. Tom Ford bardzo zręcznie operuje przejściami między jednym a drugim światem do tego stopnia, że w pewnych momentach nie wiadomo co jest prawdą, a co złudzeniem czy literackim pomysłem Edwarda. Wzmacnia to fakt, że Jake Gyllenhaal gra zarówno ex-męża jak i Tony'ego, bohatera manuskryptu. Bardzo interesujący i naprawdę udany zabieg.

Sama warstwa książkowa jest niezwykle mocna. Bardzo realistyczne i brutalne zdarzenia gdzieś na teksańskim pustkowiu połączone z późniejszym poszukiwaniem zemsty i wymierzaniem sprawiedliwości tworzą tak naprawdę... świetną powieść. Każda z fikcyjnych postaci jest warta uwagi, jednak na przód wysuwa się zdecydowanie Michael Shannon w roli detektywa Andesa. Chory, lekko zblazowany, a równocześnie bezwzględny i dziki (jak tytułowe zwierzęta). Wspaniała rola, niepokojąca i idealnie wpasowująca się w klimat. Jake Gyllenhaal swoją plastycznością po raz kolejny udowadnia, że jest bardzo dobrym aktorem. Ciągłe przerzucanie widza między książką, rzeczywistością i przeszłością tworzą obraz niezwykle skomplikowany, otoczony aurą pewnej dziwności, napięcia, tajemniczości.


“Zwierzęta nocy” nie są filmem łatwym w odbiorze. To nie jest kino akcji, o którym zapomina się dziesięć minut po powrocie do domu. Przez cały czas trzeba być niezwykle skupionym, bowiem reżyser często puszcza do nas oko pokazując nam jakiś symboliczny element. Tom Ford dopieścił każdy z detali, dbając nie tylko o fabułę, ale także o ścieżkę dźwiękową, zdjęcia czy kostiumy. Te ostatnie miejscami rażą swoją przesadną elegancją, choć rozumiem, że miały stanowić kontrast między płaszczyznami. W miarę rozwoju fabuły pewne karty się odkrywają, pozostawiając inne nie do końca jasne. Przeszłość Susan nie jest tanim romansem, pozwala zrozumieć (choć częściowo) jej zachowanie i aktualną sytuację i pokazuje kontrast między nią a Edwardem. Ten natomiast po latach wymierza jej okrutną i bolesną karę, wysyłając jej manuskrypt pełen odniesień do ich wspólnego życia. Dobrze zna swoją byłą żonę i chce pokazać jej co czuł po rozstaniu – i robi to w iście wysublimowany sposób.

Pojawiają się jednak w “Zwierzętach nocy” elementy, które mnie irytują, odrzucają i sprawiają, że nie do końca kupuję całą tę historię. Może to przez te teatralne gesty i wzdychanie bohaterki, może przez scenę końcową, która choć pełna emocji do mnie nie do końca przemawia? Nie umiem tego dokładnie określić, lecz wiem na pewno, iż jest to film wart uwagi. O konsekwencjach, które ponosi tak naprawdę każdy z nas, o wymierzaniu sprawiedliwości i o ułudzie, w której to można przeżyć całe swoje życie.  

sobota, 19 listopada 2016

Fantastyczna J.K. Rowling i jak zarobić dużo kasy.

Właśnie wróciłam do domu, świeżo po seansie "Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć". Muszę powiedzieć wam jedno - Rowling dobrze wie jak z pomysłu zrobić biznes. Jestem dzieckiem wychowanym na Harrym Potterze i jego świecie. Po książki sięgnęłam w podstawówce i nie wyobrażam sobie bez nich mojego dzieciństwa. Naprawdę jestem wdzięczna autorce za stworzenie tej magicznej serii. Do moich rąk niecały miesiąc temu trafiła ósma część (choć może to nienajlepsze określenie) sagi, która jedynie opierała się na pomysłach pisarki i została opublikowana w formie sztuki. Choć czytało się ją dość lekko, czar prysł - to nie to samo. Od wczoraj za to można oglądać w multipleksach "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć".

Czy to kolejna opowieść o Harrym i jego znajomych? Otóż nie. Historia rozpoczyna się kilkadziesiąt lat przed narodzinami naszego ulubieńca, by pokazać nam losy autora jednego z podręczników Pottera. Newt Scamander (Eddie Redmayne) to niezwykły czarodziej, którego misją jest ochrona rzadkich magicznych stworzeń i przekazywanie wiedzy na temat ich zachowań i właściwości. Z walizką pełną stworków podróżuje do Nowego Jorku gdzie już od samego początku wpakowuje się w kłopoty. Scamanderowi towarzyszą dwie czarownice - siostry Goldstein - oraz mugol/niemag (wg amerykańskich standardów) Jacob Kowalski. W Europie grasuje potężny Grindelwald, którego bezskutecznie próbuje się schwytać. Bohaterowie muszą działać wspólnie, bowiem czarodzieje wciąż działają w ukryciu a ich magicznemu światu oczywiście zagraża niebezpieczeństwo. 

Za kamerami po raz kolejny stanął David Yates, znany już z poprzednich części "Harry'ego Pottera". Scenariusz napisała sama autorka powieści. Już przed premierą słyszałam głosy, że pisarka odcina kupony od kariery, którą dała jej książka i... chyba częściowo muszę się z tym zgodzić.

Nie zrozumcie mnie źle, film nie jest tragiczny. Zachowuje ciekawy baśniowo-magiczny klimat, który może spodobać się takim zagorzałym fanom jak ja, jak i kompletnym laikom. Czarodziejskie stworzenia, którymi opiekuje się Newt są ładnie "wykonane" i przedstawione w interesujący sposób. Można je traktować jako jednego z bohaterów filmu. Sam Scamander szybko zdobywa sympatię widza, emanując wewnętrznym czarem. Eddie Redmayne dwoi się i troi, byśmy ani na moment nie stracili uwagi. Towarzyszący mu mugol Jacob jest typowym pociesznym grubaskiem, który zupełnie przypadkowo zostaje wciągnięty w magiczny świat i zatraca się w nim w całości. Ciekawie wypada również czarny charakter. Grający go Colin Farrell wyjątkowo dobrze radzi sobie w roli ambitnego przesiąkniętego złem Percivala Gravesa i sprawia, że faktycznie czujemy do niego niechęć. Muszę pochwalić też Ezrę Millera, który do tej pory był mi w sumie obojętny, natomiast w "Fantastycznych zwierzętach..." udowadnia, że jest niezwykle zdolnym i plastycznym aktorem. W swojej małej, aczkolwiek bardzo ważnej roli Credence'a jest nietypowy, wręcz dziwaczny, a jednocześnie przyciąga uwagę za każdym razem kiedy pojawia się na ekranie. Przerażające sceny są naprawdę straszne, a więzienie dla czarodziejów zostało przedstawione z pomysłem.


"Fantastycznym zwierzętom..." brakuje jednak iskry, tej werwy, która wciągnęłaby mnie w tę dwugodzinną magiczną opowieść bez reszty. Niektóre ze scen wydały mi się zbędne, ni to komediowe, ni to dramatyczne. Zło, które zagraża czarodziejom przez większość filmu na końcu zostaje brutalnie spłaszczone i uproszczone do granic możliwości. Niby jest jakiś plot twist, ale nawet nie zrobił na mnie większego wrażenia. Nie brakuje również rozlicznych niejasności, które może umkną młodszym widzom, ale starszym niestety już nie. Niezwykle denerwująca jest też postać Tiny Goldstein, która nie dorasta do pięt głównemu bohaterowi. Świat Harry'ego Pottera zawsze kojarzył mi się z Wielką Brytanią i brytyjskim akcentem i stanowił niewątpliwy atut całej serii - amerykańscy czarodzieje nie działają na mnie nawet w połowie tak jak ci z Hogwartu, są po prostu nijacy.

Owszem, można stwierdzić, że to przecież niezależna produkcja i tak należy ją odbierać; wydaje mi się jednak, że nie tylko ja łączę tę produkcję z poprzednimi - w końcu już sam tytuł wiąże nierozerwalnie te dwa światy. Podejrzewam, że target jest również podobny. "Fantastyczne zwierzęta..." nie są w stanie dźwignąć sławy, którą okrył się Potter i nigdy nie będą w stanie go doścignąć. Eddie Redmayne nigdy nie stanie się Harrym (choć naprawdę gra wyśmienicie) a nowojorskie ulice nie zastąpią pól Hogwartu. Martwi mnie fakt, że w kolejce czekają jeszcze aż CZTERY części, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że seria rozciągnie się jak makaron wykańczając resztki magicznego, pięknego świata z mojego dzieciństwa.

niedziela, 13 listopada 2016

Zbrodnia i kara.

Sprawa Wampira z Zagłębia to epizod z lat 70. którym żyła praktycznie cała Polska. Do tej pory powstało wiele publikacji na temat bezwzględnego zabójcy, jednakże Maciej Pieprzyca ze swoim "Jestem mordercą" posunął się o krok dalej. Jako że jestem dzieckiem lat 90. przyznaję, że wcześniej o tej sprawie nie słyszałam. Niezwykle udany plakat oraz akcja promocyjna skutecznie przekonały mnie do zagłębienia się w tajemniczy świat morderstw. 

A temat ten jest, jakkolwiek głupio to zabrzmi, bardzo dobrym do nakręcenia filmu. Zdzisław Marchwicki, Wampir z Zagłębia, morduje 14 kobiet, a usiłuje zabić kolejne 7. Zagłębie pogrąża się w strachu i terrorze. Ewenement na skalę kraju i Europy. Potwór. Morderca. Po długotrwałym i ciężkim śledztwie zostaje w końcu złapany i osądzony. I pokój zapanował w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej pod rządami towarzysza Edwarda Gierka.

W filmie historię poniekąd przedstawia nam milicjant Janusz Jasiński, którego po zabójstwie kolejnej z kobiet (rodziny Edwarda Gierka) wybiera się na kierującego śledztwem. Młody i pełen ambicji mężczyzna (w tej roli Mirosław Haniszewski) zdaje sobie sprawę, że podrzucono mu kukułcze jajo. Postanawia jednak dać z siebie wszystko i nadać powolnemu śledztwu energii. Wraz ze swoją grupą ekspertów chwyta się wszystkiego, co nie zostało dotychczas sprawdzone - ucieka się nawet do pomocy komputera i samego pierwszego sekretarza - wszystko, by zaskarbić sobie uznanie władzy i schwytać mordercę. W rozwalającym się domu przy torach kolejowych czeka na niego rozmemłana żonka (Magda Popławska - przepraszam, ale nawet nie mogłam na nią spokojnie patrzeć), która cierpliwie pogłaszcze po głowie i pochwali męża przed ojcem mieszkającym we Włoszech (iście Oscarowa rola Piotra Garlickiego, pojawił się w filmie na 3 minuty). W końcu cierpliwość Janusza zostaje nagrodzona. Ze zlepków marnych poszlak znajduje człowieka, który prawdopodobnie dopuścił się okrutnych zbrodni. Choć nie ma twardych dowodów, zatrzymuje Wiesława Kalickiego, typowego śląskiego robotnika, który mieszka w rozpadającej się chatynie z resztą swojej patologicznej rodziny, i miesiącami trzyma go w areszcie próbując dowiedzieć się prawdy. 

A no właśnie. Prawdy. Gdzie jest ta prawda, moi drodzy? Na tym polega innowacyjność Pieprzycy, bowiem wysuwa on hipotezę, że aresztowany człowiek jest absolutnie niewinny. Janusz niby cieszy się, że złapał winnego, ale nie do końca wierzy sam sobie. Próbuje zaskarbić sobie sympatię Kalickiego, oglądając z nim mecze i przynosząc mu makowca na Święta. W oczach kolegów staje się bohaterem: morderstwa ustały, Polacy w końcu czują się bezpieczni. Zmienia mieszkanie (żonka z radości prawie chodzi po ścianach) i zostaje sąsiadem majora milicji, z którym wypija litry wódki. Wszystko wydaje się takie... sielankowe, Jasiński jednak gryzie się sam ze sobą. Kalicki nie mówi nic a jednak wydaje się, że jest niewinny. Gdy odkrywa "prawdę", jest już za późno - cała Polska już wydała wyrok na Kalickim. Mimo, że poznaje nowe dowody, nie jest w stanie pomóc mężczyźnie. Władza ludowa po raz kolejny pokazuje swoją moc.



Jakkolwiek Janusz by się zwijał na ekranie - nie przekonuje mnie do siebie absolutnie. Zakładam, że film miał być studium psychologicznym zarówno mordercy, jak i milicjanta. I naprawdę miał potencjał! Jednakże studium to jest niezwykle mizerne, spłycone do granic możliwości. Ilość wątków i postaci mnoży się jak w jakimś słabym serialu i nie pozwala widzowi chociaż na chwilę refleksji. Niektóre z epizodów mają rozbudować postać Jasińskiego i pokazać jak daleko się posunie w drodze na szczyt, mam jednak wrażenie, że odnoszą skutek odwrotny od zamierzonego. Wszystko takie proste, a temat wcale łatwy nie jest. Tempo akcji jest za szybkie, a do tego teza postawiona przez Pieprzycę pozostawia we mnie swego rodzaju niepokój. Jeśli zabił - to dlaczego? Jeśli nie - skąd ta pewność? Muszę też zwrócić uwagę na element, który jest w filmach absolutnie kluczowy. "Jestem mordercą" ma WYJĄTKOWO słabo dobrany soundtrack. Kompletnie nieudany i idący swoją drogą. Chajdecki chciał być trochę tajemniczy, trochę w epoce a trochę jak w "Whiplash". 

All in all, najnowsza produkcja Pieprzycy to po prostu kolejny średniak zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Jakubik w roli Kalickiego, choć bardzo dobry, nie jest w stanie udźwignąć całego filmu sam. A tak dla własnej informacji, poczytajcie o Wampirze z Zagłębia i dopowiedzcie sobie resztę tej smutnej historii sami.

wtorek, 1 listopada 2016

Walcząc z systemem.

Recenzja, którą mam zamiar umieścić pod spodem jest chyba jedną z najbardziej osobistych, którą dane mi było umieścić. Zwykle bardzo emocjonalnie podchodzę do każdego seansu, ten jednak wydaje się być wyjątkowy ze względu na to, że prywatnie jestem dość dobrze zaznajomiona z tą "złą" stroną filmu. Chodzi o zdobywcę Złotej Palmy w Cannes - "Ja, Daniel Blake" Kena Loacha, który miałam okazję zobaczyć w zeszłym tygodniu. I nie był to bynajmniej seans lekki, łatwy i przyjemny. 

Główny bohater to wdowiec mieszkający w Newcastle, który po rozległym zawale serca musi zaprzestać pracować. Poznajemy go w momencie, w którym ubiega się o zasiłek dla bezrobotnych - nie otrzymuje go ze względu na "dobry stan zdrowia". Postawiony pod ścianą Daniel od tego momentu stara się otrzymać JAKIEKOLWIEK świadczenia, które pozwoliłyby mu na przetrwanie, dopóki nie będzie w stanie wrócić do pracy. Sprawa wydaje się prosta, jednak brytyjski system pomocy społecznej dopiero zaczyna pokazywać mężczyźnie na co tak naprawdę go stać. W pewnym momencie jego losy splatają się z rodziną, która po przymusowej przeprowadzce z Londynu potrzebuje pomocy nawet bardziej niż on. Katie i jej dwójka dzieci nawiązują bliską, bezinteresowną relację z Danielem, która przełamuje wszelkie stereotypy. Bohaterowie to ludzie z krwi i kości, którzy niczego nie udają; płaczą gdy są bezsilni i bronią resztkami sił tego, co im pozostało. Katie z braku pieniędzy zmuszona jest do kradzieży podpasek i golarek jednorazowych, jej córka nosi rozlatujące się buty i cierpi w szkole z powodu szykan, a Daniel musi sprzedać wszystkie swoje meble by móc opłacić rachunek. To nie są problemy pierwszego świata, to ludzie, których z obojętnością mijamy na ulicy.

Daniel nie poddaje się. Nie uznaje biurokratycznej machiny, niekończących się idiotyzmów, papierków i telefonów, pokazując systemowi faka. Niczym kafkowski Józef K. znosi piętrzące się problemy z niesamowitą godnością, choć wielu w jego przypadku zapewne poddałoby się bez walki. Postawiony w absurdalnej sytuacji mówi "jestem człowiekiem, nie psem". Urząd zmusza go do uczęszczania na kurs pisania CV, szukania pracy przez X godzin w tygodniu i udowadniania, że faktycznie pracy poszukuje. Odrealnione zasady wyznaczone przez system co chwila dają bohaterom po ryju a wiecznie obrażone urzędniczki wydają się być udręczone każdym spotkaniem z Danielem.

"Ja, Daniel Blake" wbija w fotel. Widz czuje bezradność, upokorzenie. Nigdy tak mocno nie czułam się obrzydzona systemem i biurokracją, która w każdym kraju przyprawia o ból głowy. W sposób dobitny i absolutnie genialny obnaża prawdę o instytucjach państwowych, których podstawowym zadaniem powinno być pomaganie potrzebującym. Katie i jej dzieci razem z Danielem utożsamiają heroiczną walkę o godne życie, walkę z góry skazaną na przegraną, pełną upokorzeń i sytuacji wydawałoby się bez wyjścia.

Scena w Banku Żywności sprawia, że chce mi się płakać - jest tak szczera i wymowna, w dodatku pokazuje coś bardzo oczywistego: że osoby potrzebujące zasiłku to nie tylko tzw. "patologia" tylko normalni, prości ludzie, którzy starają się przetrwać za wszelką cenę. Może podchodzę do niego zbyt personalnie ze względu na to, że znam system od tego drugiej strony i wiem, że często urzędnicy nie są niczemu winni i bardzo chętnie pomogliby potrzebującym, jednak narzucone odgórnie bezlitosne zasady krępują obie ze stron.



"Ja, Daniel Blake" to przede wszystkim bardzo dobre kino społeczne, którego akcję można bez trudu przenieść choćby do Polski. Bohaterowie z krwi i kości starają się związać koniec z końcem i mierzą się z upokarzającą rzeczywistością, która nadzwyczaj często daje im (i widzom) siarczysty policzek. Potrzeba nam więcej takiego kina!