piątek, 27 stycznia 2017

Westchnienia i spojrzenia.

Powidok, kontrast następczy - zjawisko optyczne polegające na tym, że po wpatrywaniu się w jakiś kształt, a następnie odwróceniu wzroku, w oczach pojawia się na chwilę ten sam, zamazany kształt w barwie dopełniającej, np. czerwone zachodzące słońce pozostawi w oczach swój okrąg w barwie zielono-niebieskiej.

To ciekawe jak wiele można czerpać z przeszłości, jak współcześni reżyserzy sięgają po biografie twórców z dawnych lat, niekiedy wręcz zapomnianych przez społeczeństwo. Jest to zabieg potrzebny i z pewnością w ten sposób przybliżone zostają sylwetki osób, które już dawno zostały przykryte kurzem historii. Nie jest to jednak łatwe zadanie i trzeba robić to z niezwykłym wyczuciem.

Efektem jednego z takich zabiegów są "Powidoki" - film niezwykle mocno promowany. Ostatni obraz Mistrza, Andrzeja Wajdy, z Bogusławem Lindą w roli głównej. Co może pójść nie tak? Otóż wszystko. Może niektórzy uznają to za niestosowne - krytykować obraz tak wielkiego reżysera. Sądzę jednak, że przesadne zachwyty nad tym naprawdę średnim obrazem byłyby jeszcze bardziej krzywdzące.

Dzika łąka, plener, atmosfera wyciszenia. Studentka Hania poznaje swojego profesora i mentora, Władysława Strzemińskiego, który, choć bez ręki i nogi, turla się po trawie jak małe dziecko. Wkraczamy w świat sztuki i wykładów artysty. Film opowiada nam historię Strzemińskiego już jako dojrzałego artysty, który próbując tworzyć w zgodzie ze swoimi zasadami, wchodzi w konflikt z ówczesnymi władzami Polski Ludowej. Sprzeciwia się socrealizmowi i otwarcie krytykuje ówczesne zasady obowiązujące w sztuce i narzucone przez ZSRR. Studenci stoją za nim murem, tłumnie uczęszczają na wykłady a nawet przychodzą do jego domu by pokazywać mu swoje dzieła. Problem w tym, że ustrój tego nie akceptuje i piętnuje malarza na każdym kroku. Schowany w malutkim mieszkaniu ze swoimi dziełami, papierosami i kawą siedzi na podłodze tworząc coraz to nowsze obrazy - nie ma jednak wielu opcji do wyboru. Jego domek z kart pomału się rozpada, a władza krok po kroku dobija Strzemińskiego i próbuje go złamać.

To pokazywanie jak działał w Polsce aparat władzy udało się nadzwyczaj dobrze. W szczegółowy sposób przedstawione zostały mechanizmy obowiązujące w ówczesnych czasach. Niemniej jednak, istotą filmu miało być przedstawienie Władysława Strzemińskiego jako artysty, człowieka, który zostaje dobity przez system. I tego mi tu bardzo zabrakło. Bogusław Linda dwoi się i troi, jednak z tak słabego scenariusza za dużo nie wyciągnie. Wątek małżeństwa artysty został potraktowany wyjątkowo po macoszemu, a córka malarza grana przez młodą Zamachowską jest tak drewniana i sztuczna, że aż razi w oczy. Prócz głównego bohatera ma się wrażenie jakby reszta grała na pokaz - zachowuje się teatralnie, przesadnie i przez to nienaturalnie. Dialogi wyglądają jak wycięte ze słabego sitcomu, wstawione przypadkowo i bez sensu. Żadna z postaci nie wnosi tak naprawdę nic swoją grą ani postawą: są słabym tłem dla Strzemińskiego i jego obrazów.


Tak ciekawa postać jak Władysław Strzemiński (i jego żona również!) powinna zostać przedstawiona w sposób żywy, interesujący, a przede wszystkim prawdziwy. Tu ma się wrażenie, że przez półtora godziny opowiada się nam historyjkę wypełnioną sztucznymi recytacjami aktorów. Linda, choć ciekawy, sam nie udźwignie tak skomplikowanej tematyki. Może pod koniec trzeba było sobie odpuścić...?