sobota, 22 października 2016

Rodzina absolutna.

Z napisaniem tej recenzji zbierałam się od tygodnia. Nie dlatego, że nie mam nic do powiedzenia na temat „Ostatniej rodziny”, wręcz przeciwnie. Problem w tym, że emocje, które odczuwam wciąż po seansie są ciężkie do wytłumaczenia. O rodzinie Beksińskich słyszałam, przyznaję jednak, że nigdy nie byli oni obiektem moich zainteresowań. Audycji Tomasza nigdy nie słyszałam, a obrazy Zdzisława znałam tyle o ile, niemniej, z niecierpliwością wyczekiwałam na „swoją kolej”, tym bardziej, że zachwyty dochodziły do mnie zewsząd. Trochę jak z „Bogami” sprzed dwóch lat (których to do tej pory nie jestem w stanie obejrzeć).

Mogę stwierdzić, że moja cierpliwość została wynagrodzona. Nie przyłączę się jednak do osób, które bezkrytycznie nazywają ten film arcydziełem ponieważ dla mnie stanowczo nim on nie jest. W bardzo ciekawy sposób natomiast przybliża nam (w tym mnie, kompletnemu laikowi), losy rodziny, którą z całą pewnością można nazwać niezwykłą. Na te dwie godziny stałam się członkiem rodziny Beksińskich, którzy naginali ogólnie rozumianą „normalność” do swoich zasad.

Z całą pewnością trzeba przyznać, iż każda z postaci jest niezwykle dobrze rozpisana, pogłębiona. Ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że czegoś mi brakuje. Na pierwszy rzut oka widać fenomenalnie dobrane postaci, między którymi istnieje bardzo silna więź. Andrzej Seweryn nie był Andrzejem Sewerynem. Rola Beksińskiego, człowieka absolutnie nietuzinkowego, utwierdza mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z aktorem wybitnym. Gesty, mimikę, utarte frazy typu: „proszę ja Ciebie” wkomponował Seweryn w film w sposób rewelacyjny. Aleksandra Konieczna chwyciła mnie za serce swoją niezwykle szczerą i otwartą grą. Wspaniale wypada w roli Zofii Beksińskiej, pani domu trzymającej się swoich domowych obowiązków, spokojnej (z pozoru) i utrzymującej (z pozoru) harmonię i ład w domu. Myślę jednak, że na większość widzów najmocniej zadziałał Dawid Ogrodnik w roli syna Tomasza, człowieka niespokojnego, niestabilnego, miotającego się z życiem. W trakcie seansu obserwujemy jego walkę z samym sobą, walkę niezwykle emocjonalną i sugestywną, taką, z którą może wielu z nas też się utożsamia. Postać ta wzbudza najwięcej kontrowersji – mówi się o niej jako o przerysowanej, wyolbrzymionej do granic możliwości. Prawdopodobnie jest w tym wiele racji. W „Ostatniej rodzinie” sceny z synem są ekstremalne, czasem nawet męczące. Z jednej strony kiwałam głową i myślałam sobie „no tak, wyobrażam sobie przez co przechodzi” a z drugiej miałam ochotę krzyczeć na niego, żeby się ogarnął.


Nie jestem w stanie stwierdzić jak prawdziwa jest filmowa „Ostatnia rodzina”. Na pewno Matuszyński starał się uchwycić to, co stanowiło o wyjątkowości Beksińskich. Nie ukrywajmy, że w grę wchodzi również jego wizja artystyczna, niemniej, mam nadzieję (bo nie wiem tego na 100%), że obraz stara się być jak najwierniejszy. Wspaniałe zdjęcia, muzyka i dzieła „głowy rodziny” Zdzisława tylko wzmacniają to wrażenie.

Co jeszcze czyni ten film tak innym? Niesamowita, momentami turpistyczna codzienność. Życie Beksińskich wypełnione jest sprzątaniem, gotowaniem i... umieraniem. Zofia gotuje zupę, Tomasz pochłania chińszczyznę na wynos a Zdzisław zamawia sobie do domu kilka zgrzewek Pepsi. Film jest aż do bólu przesiąknięty śmiercią, która wżera się okrutnie w fabułę. I w „Ostatniej rodzinie” właśnie pełno jest takich scen: bezpośrednich, mocnych, wręcz odpychających, dających po ryju. Przyznaję, że niektóre zrobiły na mnie niesamowite wrażenie, czułam się jakby przekroczone zostały absolutnie wszelkie granice. Dla Beksińskich jednak granice te jak widać były zupełnie inne, może nawet nie istniały, a filmowanie zwłok czy też wyrzucanie telewizora przez okno było rzeczą kompletnie zrozumiałą. Sceny z Tomaszem są zwykle pełne krzyku, mocnych słów i gestów. Nie ukrywam, że takie naładowanie emocjami po jakimś czasie zaczęło mnie męczyć a mózg usilnie domagał się choć chwili spokoju.

Na pewno „Ostatnia rodzina” to film potrzebny, odzierający ze złudzeń. Prawdziwi artyści to nie bogowie ani celebryci żyjący w pałacach oderwani od rzeczywistości. Beksińscy to ludzie z krwi i kości, ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami. Może i są przerysowani, I don't care. Na ekranie stanowią jedność, trio doskonałe, ostatnią rodzinę, rodzinę absolutną.  

piątek, 14 października 2016

What happened, Ms Jones?

Bridget Jones wróciła! Po ponad 10 latach “Bridget Jones 3” szturmem wchodzi do polskich kin gromadząc na salach kinowych . Chudsza, powyciągana na twarzy, ale nadal tak samo zwariowana. Przynajmniej tak się nam na samym początku wydaje.

Bridget porzuca swój papierowy dziennik na rzecz iPada, który zresztą nie jest jedynym produktem Apple pojawiającym się (dość ostentacyjnie) na ekranie. Nadal samotna, ale niezwykle pogodna robi karierę jako producentka telewizyjna i stara się zapomnieć o panu Darcym, którego spotyka na pogrzebie znajomego” (nie chcę spoilerować!). Wyrusza z koleżanką na festiwal, który owocuje znajomością z niejakim Jackiem. Mark Darcy jednakże pojawia się w życiu naszej bohaterki raz jeszcze, co oczywiście wprowadza niezwykły zamęt w jej życiu. Tym bardziej kiedy okazuje się, że nasza ulubienica jest... w ciąży.

I tu właśnie pojawia się problem jaki mam z tym filmem: prawie całkowicie stracił wdzięk i humor, który tak mnie rozbawiał wiele lat temu. Bridget z pierwszych części to pocieszna pulchna Brytyjka, która może i robi z siebie kretynkę na ekranie, ale robi to z gracją i nie sprawia, że człowiek czuje się jak półmózg. Żarty były spójne, ciekawe... może niekoniecznie wysokich lotów, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który nie obśmiał się na scenie zjazdu Bridget na rurze pożarowej. Trzecia część pachnie prawdziwym odgrzewanym kotletem. Zellweger dwoi się i troi, żeby przywrócić choć trochę klimatu sprzed 14 lat, ale nie pozwala jej choćby na to niesamowicie wybotoksowana twarz. Bohaterowie stracili swoją rześkość, grają od niechcenia, ciągnąc niemiłosiernie wątki rozpoczęte w poprzednich częściach. Wątek ciąży jest stary, znany i lubiany, jestem w stanie go zrozumieć; bądź co bądź Bridget robi się coraz starsza. Niemniej, większość jej perypetii przypomina młodzieżowe komedie, tak jakby producenci chcieli za wszelką cenę przyciągnąć do kin publiczność z roczników 2000+. Festiwal muzyczny, hity rodem z radia Eska.... brakuje mi jeszcze Colina Firtha robiącego sobie zdjęcie na Instagrama.

Nie ukrywam, bywały dialogi, które wzbudzały mój uśmiech. Między Darcym a Jones nadal istnieje taka...niezręczna chemia”. Ich perypetie przywołują na myśl przygody z poprzednich części, a widz w głębi serca kibicuje tej sympatycznej parze. Sam Patrick Dempsey jest w porządku. Jego postać nie wywołuje w nas niechęci, patrzymy na niego raczej z pewną dozą... dystansu (to jednak nie to samo co Hugh Grant). Rodzice głównej bohaterki też starają się trzymać poziom sprzed Niemniej jako całość „Bridget Jones 3” prezentuje się dość... hmm, nawet nie wiem jak to określić, wtórnie, atakując nas przez bite dwie godziny szalonymi scenami z dość nieokrzesaną bohaterką, okraszonymi najnowocześniejszymi hitami muzycznymi, tak by na końcu przeprowadzić nas przez sekwencję typową dla komedii romantycznych. Czy jest to w ogóle potrzebne? Oto jest pytanie.

sobota, 8 października 2016

If that ain't Texan, I don't know what is.

Stany Zjednoczone, Teksas. Krajobraz wypełniony ranczami i platformami wiertniczymi. Dwaj mężczyźni wpadają do dwóch małych oddziałów bankowych, by wynieść z nich kilka tysięcy dolarów. Zakopują samochód w ziemi i następnego dnia wyruszają na kolejny napad. Ci mężczyźni to dwaj bracia – jeden z nich to typowy recydywista, który niedawno skończył odsiadywać wyrok w więzieniu; drugi, bezrobotny ojciec, który od dawna nie kontaktuje się ze swoimi dziećmi. W ślad za braćmi rusza podstarzały strażnik (Jeff Bridges), który pragnie odejść na emeryturę w wielkim stylu.

Mężczyznom zależy tylko na jednym – okraść bank Texas Midlands, miejsce, które udzieliło im pożyczki na iście złodziejskich zasadach i usilnie próbuje odebrać im ziemię (obfitującą rzecz jasna w złoża ropy), i raz na zawsze pozbyć się ciążącego na rodzinie długu. Ich plan wydaje się prosty, wręcz skazany na sukces. Ich prawnik mówi nawet: „If that ain't Texan, I don't know what is”.

I cały film próbuje być właśnie taki amerykański, teksański. Bardzo udanym elementem jest przewijający się motyw pieniędzy – czy to w dialogach dotyczących zarobków, czy w postaci przydrożnych banerów oferujących pożyczki. Kryzys zagląda do kieszeni Amerykanów już od lat, jednak tu pokazane jest to dość dobitnie, ale nie męcząco. Miasta są opustoszałe, młodzi uciekają do wielkich metropolii, zostawiając zajęcia takie jak choćby wypasanie bydła swoim rodzicom. Młodszy z braci, Toby (do tej pory kompletnie mi obojętny Chris Pine), widzi napady jako szansę na lepszą przyszłość dla swoich synów i ucieczkę od biedy, o której mówi jak o zaraźliwej chorobie. Starszym Tannerem natomiast (Ben Foster bardzo wczuty w postać, całkiem ciekawy) wydają się kierować samolubne pobudki. Spaczony pobytem w więzieniu chce udowodnić sobie, że jest jak Komancze – królowie prerii.


Aż do piekła” to kolejny film na podstawie scenariusza Taylora Sheridana. Poprzedni, świetny „Sicario” obnażał prawdę o walkach policji z kartelami narkotykowymi. Tym razem również mamy do czynienia ze starciem dobra i zła – i to w dość oczywisty sposób. Mimo, iż przez cały film nie jestem w stanie polubić postaci Jeffa Bridgesa, bardzo jasno pokazane jest, że to on stoi po tej „prawilnej” stronie. Bracia Howard, choć dużo korzystniej wypadają na ekranie, od początku zmierzają ku porażce.

I choć tematyka jest mi bliska i naprawdę czekałam na ten film... coś w nim zgrzyta. Ani polska, ani angielska nazwa (“Hell or high water”) do mnie nie przemawia i nie komponuje się odpowiednio z fabułą. Piękne zdjęcia i odpowiednio dobrany soundtrack (Waren Ellis/Nick Cave jak zwykle chapeau bas) tworzą fajny kowbojski klimat, ale nie dają rady ukryć wielu niedociągnięć. Niektóre ze scen dłużą się niemiłosiernie, oferując nam kiepskie dialogi i zdarzenia, które nie za wiele wnoszą do historii. Zarówno Chris Pine jak i Ben Foster dobrze odgrywają swoje role i tworzą zgrany duet na ekranie. Nie mogę tego niestety powiedzieć o ekipie policjantów – sceny z nimi nużą, są mdłe i dłużą się niemiłosiernie. Jeff Bridges jest kompletnie bez wyrazu, a siląc się na żarty o Indianach dodatkowo minusuje w moich oczach. Co ciekawe, mój chłopak odebrał postaci kompletnie na odwrót - żenowały go sceny z braćmi, przychylniej natomiast patrzył na Jeffa Bridgesa. Przyznał jednak, że wiele z ujęć jest kompletnie niepotrzebnych.

Strażnicy niby ścigają przestępców, ale jakoś tak niemrawo im to idzie. Śledztwo nie ma w sobie absolutnie żadnej ikry i zwyczajnie nudzi (dopuszczam jednak możliwość celowości rozwlekania tych scen, jakoby miały one na celu uwydatnienie tła, o którym pisałam wcześniej). Scena finałowa trzyma w napięciu, lecz jest dość oczywista,. Zakończenie natomiast kompletnie nie zaskakuje: „Aż do piekła” bowiem od początku kreuje się na typowy amerykański obraz o wymierzaniu sprawiedliwości i wyższości prawa nad przestępcami. Co więcej, gdyby film skończył się 10 minut wcześniej, zyskałby o wiele więcej tajemniczości i nie trafił do szufladki jako kolejna amerykańska projekcja o „tych złych i tych dobrych”. Obejrzyjcie więc lepiej „Sicario".

niedziela, 2 października 2016

Mój Charlie, Charlie...

Korzystając z dobrodziejstw Netflixa, którego subskrybujemy od jakichś 7 miesięcy pozwoliłam sobie przejrzeć jego dość zróżnicowane zasoby i, by uwolnić się od myśli o smarkaniu i kaszlu, wybrałam film tak bardzo lubiany przez moich znajomych. To był błąd.

Rozwrzeszczane i nieznośne nastolatki, szalone imprezy połączone z jedzeniem marihuanowego brownie, rzucanie biretem w scenach końcowych... tak. To kolejny amerykański film o licealistach. Powitajcie „The Perks of Being a Wallflower” przetłumaczonego BARDZO ZGRABNIE na... „Charlie”. Tytułowy Charlie, introwertyk i wrażliwy humanista, wybiera się do liceum. Dla każdego nastolatka jest to czas stresu i niepewności, wiadoma sprawa, sama ładnych.... kilka lat temu przechodziłam przez podobną sytuację. Nie zrażam się więc, myślę sobie „ok, to może być całkiem dobry film młodzieżowy”. Chłopak nie bardzo odnajduje się w nowym miejscu, jest nieśmiały, wyobcowany i pomaga sobie pisaniem listów do „przyjaciela”. W pewnym momencie jego życie nabiera innych kolorów, bowiem poznaje rodzeństwo, które jest tak samo odmienne jak on. Okazuje się, że szkoła pełna jest „spoko” ludzi, którzy szybko stają się znajomymi Charliego. Przy okazji można zobaczyć jaka ta Sam jest ładna i jak dobrze dogaduje się z naszym bohaterem, który, oczywiście, zakochuje się w niej bez pamięci.

Narkotyki, imprezy, nocne przejażdżki samochodem, pierwsze pocałunki i zbliżenia... film atakuje nas ze wszystkich stron nastoletnią rzeczywistością. Wszystko jest bardzo, ale to bardzo amerykańskie: imprezy, zajęcia, lunch na stołówce, szkolne mecze rugby. Nie ma odpoczynku! Wszystkie możliwe sceny i sytuacje muszę zostać wyciśnięte jak cytryna! Liceum pełne jest dzieci z najróżniejszych klas społecznych. Mamy do czynienia także z dobrotliwym panem od angielskiego (Paul Rudd, ja Cię bardzo lubię, ale możesz w końcu zagrać jakąś inną postać?), który w okamgnieniu dostrzega inteligencję Charliego i podrzuca mu coraz to lepsze inspiracje w postaci różnych „klasyków” literatury. W miarę rozwoju fabuły na jaw wychodzą także różne fakty z życia chłopaka, które pozwalają nam zrozumieć jego introwertyczną i jakże złożoną naturę. Podane są one jednak w tak dziwny i zawoalowany sposób, że nie jestem czasem w stanie zrozumieć czemu tak naprawdę służą. Fabuła rozciąga się do bolesnych 110min, w ciągu których film mógłby skończyć się co najmniej dwa razy.

Co jeszcze tak mocno uderzyło mnie w trakcie seansu? Fakt, że każdy z bohaterów miał niezwykle skomplikowaną osobowość i bolesną przeszłość. Damn, what a coincidence! Wiem, może to brzmi zbyt okrutnie – zdaję sobie sprawę, że każdy z nas ma swoją historię, każdy jest inny a liceum często okazuje się okresem, w którym staramy się zaakceptować siebie i swoje życie (lub nie). Niemniej, w przypadku tego filmu naładowanie negatywnymi przeżyciami postaci jest tak ogromne, że aż śmieszne. 16 – 17-letni ludzie o bagażach doświadczeń godnych czterdziestolatków to obraz doprawdy niezwykły (tak jak wspomniałam, rozumiem, że liceum to czas samoakceptacji, burzy hormonów i czego tam jeszcze, proszę nie bić). Sam bohater ma w sobie demony, z którymi ostatecznie sobie nie radzi, co przedłuża i tak już długi film o kolejne 20 minut.


Podsumowując, ciekawa alternatywna muzyka nie ratuje tego obrazu, a całość wypada po prostu średnio. Żaden z aktorów nie wybija się ze swoją grą ponad przeciętną – jedynie Ezra Miller swoją ekspresywnością dodaje scenom nieco wigoru. Emma Watson do znudzenia pokazuje jedną minę i próbuje wykrzesać z siebie nieco energii, a tytułowy Charlie po prostu... jest. Film rozciągnięty do granic możliwości, przesiąknięty niezwykle dojrzałymi cytatami, w porównaniu choćby do „Me and Earl and a Dying Girl” (całkiem niezły, ta sama konwencja) wypada niezwykle blado. Trochę jak ja w łóżku podczas choroby.