niedziela, 25 czerwca 2017

Rzezimieszek z Camelotu.

Historia Króla Artura i jego wspaniałego magicznego miecza wałkowana jest w kinie od lat. Legenda sama w sobie jest naprawdę fascynująca i aż prosi się o ekranizację, niestety mało jest dzieł, które "robią to dobrze". Ostatnia produkcja, którą dane mi było zobaczyć to bardzo średni film z 2003 roku z Clivem Owenem w roli dzielnego rycerza. Od niedawna na ekranach gości wersja autorstwa samego Guya Ritchie, dla mnie jednego z najbardziej charakterystycznych twórców kina brytyjskiego. Znany z serii o Sherlocku Holmsie czy świetnego "Przekrętu" 48-letni reżyser cofa się w czasie aż do średniowiecza.

Historia jest prosta do bólu, choć nieco zmodyfikowana na potrzeby filmu. Szanowany i kochany król Uther z pomocą wykutego przez Merlina magicznego miecza Excalibura odpiera atak jednego z najpotężniejszych magów atakujących jego zamek Camelot. Niestety nie spodziewa się, że wśród jego najbliższych znajduje się zdrajca pragnący zawłaszczyć koronę. Uther ginie bohaterską śmiercią, a jego synowi szczęśliwie udaje się umknąć mordercy. Po latach nieświadomy swego pochodzenia chłopak w sumie przypadkiem wyciąga Excalibura, który po śmierci ojca tkwi wbity w skałę, i niezbyt chętnie, wznieca bunt przeciw uzurpatorowi, który okupuje tron. Pomagają mu w tym jego przyjaciele i tajemnicza czarodziejka (wiedźma/czarownica/ kobieta-mag?).

Wydaje mi się, że Ritchie, gość, który słynie z sensacyjnych filmów pełnych bójek na pięści okraszonych licznymi przekleństwami, ma za nic fakt, że Król Artur to postać z V w. Reżyser nawet na moment nie rezygnuje ze swojego stylu i, choć traktuje mit brytyjskiego króla raczej luźno, nie rezygnuje z kluczowych elementów tak ważnych dla tej legendy. Jego dotychczasowe dzieła, pełne przemocy i dość mocnych żartów, opowiadały historie o spryciarzach i rzezimieszkach szukających pomysłów na zarobek. Podobnie jest i tym razem - Artur to uliczny cwaniak, zbój, który próbuje przetrwać na własną rękę. Umie się bić, a jego główne źródło utrzymania to... bycie średniowiecznym alfonsem. Urywane dialogi, skomplikowane ruchy kamerą, szalony montaż eksperymentujący z prędkością daje nam typowy dla Brytyjczyka film, który wygląda w sumie jak bardzo długi teledysk (a więc wszystko się zgadza, bowiem Ritchie z teledyskami i reklamami miał też sporo do czynienia). Mamy do czynienia z widowiskiem, z zabawą formą, i jest to moim zdaniem widowisko udane.


Bardzo energiczna i naprawdę fajnie skomponowana ścieżka dźwiękowa efektownie wtapia się w film. Rażą niestety niektóre sceny fantasy -  efekty specjalnie niestety nie są mocną stroną Ritchiego. Bohaterowie to postaci z krwi i kości: koledzy Artura przywodzą na myśl średniowiecznych drobnych gangsterów, a sam król szlachetności i dostojności ma w sobie... raczej niewiele. Dobrze wypadają aktorzy w rolach drugoplanowych, na uwagę zasługuje zwłaszcza demoniczny Jude Law, który, choć trochę przerysowany, nie staje się groteskowy, lecz zachowuje elementy tajemniczości i mroku. Słynny Okrągły Stół również robi wrażenie, choć to nie on jest głównym elementem tego filmu. Historia toczy się niezwykle wartko, ale Ritchie pilnuje, by widz nie zagubił się w trakcie seansu. Niestety intryga czasem mocno zwalnia i niektóre ze scen są dość konkretnie przeciągnięte. Prostota fabuły natomiast nie uraziła mnie ani razu - to nie ma być przecież film historyczny ani filozoficzne rozważania nad średniowieczną Anglią!

Zastanawiająca jest natomiast różnorodność etniczna osób pojawiających się w filmie. Skoro film ma miejsce w V - wiecznej Anglii obecność tak wielu osób o innym niż biały kolorze skóry jest dość zastanawiająca. Absolutnie nie umniejsza to wartości danej postaci, niemniej, trochę gryzie mnie taka niekonsekwencja i.. może niepotrzebna w tym miejscu postępowość. Cóż, trzeba więc przyjąć, że reżyser potraktował luźno zarówno treść legendy, jak i jej społeczne tło.

Choć nowa ekranizacja "Króla Artura" ma kilka wad, film ogląda się z zaciekawieniem. Guy Ritchie stworzył kino, przy którym można się dobrze bawić. Reżyser zabierając się za tak znaną i wałkowaną wielokrotnie historię wiedział, że czeka go nie lada wyzwanie i tchnął w nią trochę życia. Z jego poczuciem humoru i specyficznym stylem narracji mamy do czynienia z naprawdę interesującą interpretacją legendy, która z pewnością spodoba się nie tylko fanom brytyjskiego twórcy.

środa, 7 czerwca 2017

Proza życia to przyjaźni kat.

Bardzo lubię filmy spokojne. Stonowane, niszowe produkcje, które nie są napakowane tysiącem efektów specjalnych i przytłaczającą muzyką. Nakręcić cichy, obyczajowy film to nie lada sztuka - chciałam się więc podzielić z wami jednym z nich, bo obawiam się, że przejdzie bez echa.

"Mali mężczyźni" to kolejna produkcja w dorobku Iry Sachsa, reżysera znanego zapewne niewielkiej grupie osób. Twórca "Zostań ze mną" i "Miłość jest zagadką" skupia się tym razem na dramacie rodziny i problemie zróżnicowania społecznego. Rzecz dzieje się w Nowym Jorku. "Bohaterami" jako takimi można nazwać dwie jednostki: rodzinę Jardine i rodzinę Calvelli; ta pierwsza, po śmierci dziadka zmuszona jest do przeprowadzki z eleganckiej dzielnicy na Brooklyn, gdzie mieści się odziedziczona w spadku kamienica. W suterenie mieści się sklep odzieżowy prowadzony przez Leonor Calvelli, mieszkającą ze swoim synem Tonym. Tony i Jake Jardine to rówieśnicy, zaprzyjaźniają się w mgnieniu oka. Spędzają mnóstwo czasu razem grając w gry, jeżdżąc na rolkach aż w końcu decydują się zdawać do artystycznej szkoły La Guardia. Jake to nieśmiały i wrażliwy chłopiec, który swoje emocje przelewa na papier w formie rysunków. Tony z kolei to wulkan energii, próbujący swoich sił w aktorstwie. Co staje więc na przeszkodzie ich przyjaźni? Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to na pewno są to pieniądze. Sklep Leonor przestaje być rentowny, a kobiety nie stać na płacenie wyższego czynszu. Rodzice Jake'a z kolei w wynajmie upatrują największego zysku, bowiem rodzina utrzymuje się głównie z pracy matki (Jennifer Ehle). Narastający konflikt między dwiema stronami wystawia przyjaźń chłopców na próbę.


"Ale nuda" - ktoś może pomyśleć. Owszem, nie są to fajerwerki wybuchające na ekranie co pięć minut. To kino spokojne, ale wymagające skupienia. Każda ze stron konfliktu ma swoje argumenty, a decyzje przez nie podejmowane podyktowane są dobrem dzieci. Chłopcy nie za bardzo rozumieją co się tak właściwie dzieje, przyjmują problem między rodzicami jako fanaberię, coś tymczasowego, podczas gdy ich przyjaźń będzie trwać w nieskończoność. Zarówno Tony (Michael Barbieri) jak i Jake (Theo Taplitz) błyszczą na ekranie, przyciągając uwagę swoimi skrajnie odmiennymi charakterami i pokazując niezwykłą dojrzałość i wrażliwość. Mali przyjaciele kierują się empatią, a nie ekonomicznymi pobudkami. Obca jest im jeszcze chciwość i zawiść. A fabuła, choć zdaje się prosta, tak naprawdę przedstawia problem, który może dotyczyć każdego z nas. Ira Sachs nie przyznaje racji żadnemu z rodziców, daje do zrozumienia, że zarówno samotna Leonor, jak i Kathy i Brian Jardine mają swoje racje i chcą tak naprawdę tylko jednego - dobra swoich dzieci. A gdy w grę wchodzi pieniądz, każdy będzie pilnował tego, by to jemu było jak najlepiej.

"Mali mężczyźni" pokazują jak proza życia może wywrócić coś, co wydaje się oczywiste do góry nogami. Jak niezbadane są wyroki losu (brzmi jak frazes, ale to prawda!) i jak nieoczywiste jest nasze życie. Jak dziecięca wizja rzeczywistości może upaść pod ciężarem dorosłego życia pełnego problemów. Finał bez happy endu może niektórym malkontentom wydawać się dołujący, ale Sachs daje nam raczej do zrozumienia, że pewne decyzje niosą ze sobą konsekwencje rzutujące na naszą przyszłość. I że czasem trzeba przyjąć to, co daje nam los.