wtorek, 30 maja 2017

Technologia przeciwko ludzkości.

Każdy z nas korzysta na co dzień z komputera, komórki. Większość podłączona jest do mediów społecznościowych, dzieli się tym, co zjadło się na obiad, jaki prezent otrzymaliśmy na urodziny i jak wygląda nasza choinka na Boże Narodzenie. Ogromny wpływ technologii i coraz bardziej rozwiniętego wirtualnego świata na nasze życie jest tematem wielu dyskusji - produkcję "The Circle" Jamesa Ponsoldta można więc zaliczyć jako kolejny z filmów dywagujący na temat bezpieczeństwa w sieci i granic naszej prywatności.

Główna bohaterka, Mae (Emma Watson) to dziewczyna jakich wiele. Uwięziona w mało rozwojowej pracy żyje sobie pomalutku ze swoimi rodzicami. Kiedy koleżanka załatwia jej rozmowę o pracę w znanej i szanowanej firmie Circle, którą, oczywiście, przechodzi pozytywnie, życie Mae zmienia się nie do poznania. Czym zajmuje się owa firma? W sumie to nie do końca sprecyzowano, choć na ekranie przedstawiona jest jako ogromna internetowa korporacja zrzeszająca masę ludzi. Prezes Circle (Tom Hanks) i jego wystąpienia okraszone owacjami na stojąco przypominają mi tu Steve'a Jobsa. Nasza bohaterka zakochuje się w swojej nowej pracy, a jej zaangażowanie przekracza granice normalności. Z czasem jej postrzeganie świata zmienia się, a patrzenie na życie przez pryzmat wirtualnej rzeczywistości doprowadza ją i jej najbliższych na skraj wytrzymałości.

Mamy więc do czynienia ze standardowym schematem: dziewczyna znikąd nagle staje się "kimś", czuje się ważną częścią grupy. Praca pochłania ją na tyle, że zatraca się w niej bez reszty, tracąc możliwość odróżnienia dobra od zła. Porzuca kochającą (a jakże) rodzinę na rzecz mediów społecznościowych, budowania "towarzyskiego statusu" w pracy. Kto oglądał już bardzo dobry serial "Black Mirror" z pewnością dostrzeże tu pewne podobieństwa - jak bardzo jednostka może stać się uzależniona od nowoczesnych technologii. Serial jednakże bije ten film na głowę.


Niestety obsadzenie Emmy Watson w głównej roli to strzał w stopę: dla mnie ta dziewczyna jest aktorką jednej miny i nie potrafi wykrzesać z siebie za wiele energii. Trochę ruchu wprowadza w filmie postać grana przez Johna Boyegę, zostaje ona jednak sprowadzona do marnej roli trzecioplanowej. Scenariusz jak już wiecie jest prosty do bólu, oparty na standardowych opozycjach i stereotypach. Nie ma tu za dużo miejsca na rozważania czy wątpliwości... można jedynie zastanawiać się dlaczego zachowania Mae są tak nielogiczne.

Niby jest to film akcji, ale akcji za wiele się tu nie czuje. Widz już od początku może się domyślić z czym przyjdzie mu się mierzyć przez najbliższe dwie godziny. Obecność Toma Hanksa jako producenta filmu oczywiście nie dziwi, jego postać ani nie razi, ani nie zachwyca, razem z paroma innymi miernie rozpisanymi bohaterami stanowi zapełniacz i tło do historii Mae, która za dużo głębi w sobie nie ma. James Ponsoldt próbuje, bazując na książce Dave'a Eggersa, pokazać zagrożenia czyhające na nas ze strony internetu i technologii, robi to jednak w tak płaski i oczywisty sposób, że nawet nie mamy ochoty zaprzątać tym sobie głowy. Szkoda, bo temat to w istocie ważny i wart dyskusji - coraz więcej osób (pewnie ja w jakimś stopniu również) świadomie odziera się z prywatności, dzieląc się najbardziej intymnymi szczegółami swojego życia w sieci. Używając Facebooka, Whatsappa, Instagrama i innych aplikacji przetwarzających nasze dane oddajemy... no właśnie, tak naprawdę wszystko. Myślimy, że w internecie jesteśmy anonimowi, bezkarni, podczas gdy wszystkie informacje są skrzętnie zapisywane i wykorzystywane (a my bezmyślnie się na to zgadzamy). To wcale nie jest paranoja, to wszystko dzieje się tu i teraz na naszych oczach, o czym trzeba informować i dyskutować, choć może nie za pomocą filmów takich jak "The Circle".

piątek, 12 maja 2017

Granice sprawiedliwości.

Przyszedł maj... wiosna w końcu postanowiła pokazać się w pełnej okazałości i przy okazji przyniosła z sobą kilka interesujących premier. Po długim okresie posuchy, kiedy to w kinach nie można było znaleźć nic wartościowego, udało mi się obejrzeć premierowo długo wyczekiwany przeze mnie irański film "Klient". Seans ten był dla mnie swego rodzaju oczywistością, bowiem Ashgar Farhadi jest jednym z ciekawszych reżyserów ostatnich kilku lat. Jego poprzednie produkcje wzbudziły we mnie ogromne emocje, a dzięki inteligentnemu prowadzeniu fabuły filmy Farhadiego, choć z pozoru spokojne, ogląda się jak dobre kino akcji.

"Klient" zgarnął w tym roku statuetkę Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, sam reżyser jednak w ramach protestu nie wybrał się do Stanów po odbiór nagrody. Cały ten szum wokół filmu zdecydowanie "zrobił mu" reklamę, co w sumie można odczytywać pozytywnie, produkcje irańskiego twórcy były znane raczej jako niszowe.

Całość rozpoczyna się od, dosłownie, mocnego uderzenia. Główni bohaterowie, Rana i Emad zmuszeni są do opuszczenia swojego mieszkania, które grozi zawaleniem. Para aktorów zmuszona jest szukać nowego lokum, otrzymują jednak pomoc od kolegi po fachu, który udostępnia im całkiem przyzwoite mieszkanko, nie wspomina jednak o przeszłości poprzedniej lokatorki, która kompletnie zmieni życie wyżej wymienionej dwójki. Fahradi nie byłby sobą, gdyby w pozornie spokojną fabułę nie wplótł dramatycznego wydarzenia - w tym wypadku jest to atak na Ranę, która zostawiając uchylone drzwi, wpuszcza do nowego domu napastnika.


Życie pary od tej pory będzie dzielić się tylko na "przed" i "po" wypadku. Kobieta z początku jest wystraszona, niespokojna, nie jest w stanie skupić się na próbach do "Śmierci komiwojażera" (sztuki, która może okazać się istotna dla interpretacji fabuły) i nie chce zgłosić sprawy na policję. Między nią a partnerem rośnie napięcie, mnożą się nieporozumienia - Emad chce pomóc ukochanej, nie bardzo jednak wie jak. Priorytetem staje się dla niego odszukanie sprawcy i wymierzenie sprawiedliwości na własną rękę. Mężczyzna, wbrew żonie, zatraca się w pogoni za napastnikiem i ucieka się do absurdalnych metod w celu ukarania człowieka, który splamił honor jego i jego partnerki. 

Wspomniana przeze mnie "Śmierć komiwojażera" może okazać się istotna z kilku powodów: po pierwsze, tytuł oryginalny to "Forushande", czyli "sprzedawca", "komiwojażer". Dramat Arthura Millera to również opowieść o kryzysie męskości i upadku wszelkich wartości, które wyznawał bohater Willy Loman. Można więc dopatrywać się pewnych podobieństw między sztuką a życiem odtwórcy głównej roli, Emadem.

Patrząc na zmagania pary widz czuje, że ta historia nie będzie miała dobrego zakończenia. Jednocześnie można zauważyć przemianę obojga bohaterów - Rana, początkowo roztrzęsiona i przerażona, z czasem znajduje w sobie spokój, przebaczenie i przebaczenie, podczas gdy Emad, rozsądny i praktyczny, stopniowo popada w szaleństwo i podejmuje decyzje, które całkowicie zmienią jego życie. Bardzo dobrze poprowadzeni bohaterowie umożliwiają widzowi zagłębienie się w ich psychikę. Jestem w stanie zrozumieć rozpacz Rany, która zostaje odarta z wszelkiej godności i chce zapomnieć o wszystkim jak najszybciej; z drugiej strony jednak nie mogę nie odczuwać wstydu Emada, jego bezradności i wściekłości. Ktoś zaatakował jego ukochaną, a on nie może nic z tym zrobić. Finałowe sceny obnażają prawdę o charakterze głównych postaci i tworzą prawdziwą emocjonalną mieszankę.

Reżyser przedstawił nam ważną i poruszającą historię, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że podobne motywy (jak na przykład element rozpadającego się związku) wykorzystał już w swoich poprzednich produkcjach, i, niestety, wtedy zrobiły one na mnie dużo większe wrażenie. Choć nie mogę powiedzieć złego słowa na temat rozrysowanych postaci czy też samej historii, nie potrafię też odnaleźć w "Kliencie" elementów, które porwały mnie choćby w "Rozstaniu" z 2011 roku. Niemniej, mamy do czynienia z udanym dramatem, który pod płaszczykiem spokoju przemyca burzę emocji i pokazuje jak każda decyzja niesie ze sobą konsekwencje.