niedziela, 28 sierpnia 2016

Zjednoczone Stany Nagości

Film Tomasza Wasilewskiego otrzymuje nagrodę Srebrnego Niedźwiedzia na niemieckim Berlinale! – krzyczały jakiś czas temu nagłówki artykułów w sieci i prasie. A kiedy jakaś (polska) produkcja zostaje zauważona na tak znanym festiwalu to przecież musi być dobra. Problem w tym, że... nie jest. Co więcej, można ją nazwać ogromnym rozczarowaniem.


Pokaz przedpremierowy, sala zapełniona widzami, którzy z niecierpliwością oczekują seansu. Za filmem przemawia nie tylko Srebrny Niedźwiedź, ale również obsada. W rolach głównych znane i lubiane postacie, takie jak Magdalena Cielecka czy Andrzej Chyra, ale również obiecująca Julia Kijowska czy Marta Nieradkiewicz, którą dwa dni wcześniej miałam okazję zobaczyć w niezłym „Kamperze”.

Produkcja ukazuje losy czterech kobiet, powiązanych ze sobą na różne sposoby, które po upadku PRL-u starają się zmienić swoje życie. Brzmi banalnie, prawda? I takie właśnie są przedstawione w „Zjednoczonych Stanach...” historie. Nie pomagają na siłę wspominane lata 90., które reżyser wybrał sobie jako tło. Tym bardziej, że 35-letni Wasilewski raczej nie zaznał zanadto trudów Polski Ludowej. Utarte frazesy i stroje, wtłaczane jakby na siłę, potęgują groteskowość filmu. Aktorzy wymawiając kwestie w stylu: „Kupiłam jeansy w Pewexie” czy „Pojedziemy na wakacje do Czechosłowacji?” brzmią sztucznie i niepewnie, rozbawiając przy tym widzów (reżyser chyba nie założył w głowie takich reakcji) i uniewiarygadniając jednocześnie swoje postaci. Obraz dopełniają smętne ulice, szare bloki i obdrapane mury szkoły, które zapewne miały oddać ducha epoki.

Fabułę podzielono tak, aby każda z kobiet mogła „opowiedzieć” swoje losy. Nieszczęśliwa Agata tkwi od lat w małżeństwie, podczas gdy jej serce rwie się do młodego księdza. Poszukuje dawnej namiętności i chlipie w łóżku: „Dotknij mnie!” do wąsatego Łukasza Simlata, którego rola ogranicza się do opowiadania o pracy w zakładzie i chodzenia nago na ekranie. Jej sąsiadka Iza to oziębła dyrektorka szkoły (swoją drogą przedstawionej mizernie, płytko, rzekłabym gorzej niż w niejednym serialu), która od lat utrzymuje romans z żonatym lekarzem. Gdy mężczyzna zostaje wdowcem, Iza dostrzega szansę na stabilizację – Karol okazuje się być jednak typową męską świnią, kończąc relację z kobietą. Siostra Izy, Marzena, czeka na powrót męża z RFNu, próbując w międzyczasie zrobić użytek ze swojej urody i załatwić profesjonalną sesję zdjęciową. Nie wie jednak, że jest obiektem fascynacji Renaty, sąsiadki z naprzeciwka, która za wszelką cenę próbuje się do niej zbliżyć (inscenizując przy tym sytuacje rodem z naiwnych romansów). Renata pracuje jako rusycystka, zostaje jednak brutalnie zastąpiona przez nauczycielkę angielskiego (kolejny bardzo „subtelny” znak transformacji).

Te wszystkie historie urywane są z nieznanych przyczyn w istotnych momentach. Każda z opowieści okraszona jest sporą ilością łez – spowodowanych zwykle przez niedobrych, grubiańskich mężczyzn (którym oczywiście chodzi tylko o jedno). Film wypełniony jest po brzegi bezsensowną golizną, która poraża brakiem subtelności i prezentuje ludzkie ciało w niezwykle wulgarny sposób. Czy naprawdę musimy oglądać kilkuminotwą scenę nagiej (wydepilowanej – halo, epoko!) Danuty Kolak wylegującej się na kanapie jakby była jakąś egzotyczną wyspą?

Po zakończeniu seansu odczuwa się bezsens i brak jakiejkolwiek refleksji nad filmem. Dobrze zrozumiałam, co Wasilewski chciał przekazać fabułą, zrobił to jednak tak nieudolnie, że nie jestem w stanie ocenić jej pozytywnie. Kulawe dialogi, potok łez wylewanych w różnych scenach, wszechobecna nagość i stereotypizacja zachowań (zarówno damskich jak i męskich) nie przedstawiają „Zjednoczonych Stanów Miłości” w dobrym świetle. Gwoździem do trumny jest dla mnie tło historyczne przedstawione w tak groteskowy sposób, że można się z niego tylko śmiać. Czy tylko w latach 90. kobiety były nieszczęśliwe? Czy tylko w trakcie transformacji ustrojowej ludzie poszukiwali miłości i szczęśliwego życia, walcząc ze swoimi pragnieniami? Najchętniej zabrałabym Wasilewskiemu kamerę i wysłała na kurs myślenia. To kolejna produkcja w jego dorobku, która zamiast zaciekawienia wywołuje grymas niesmaku, a zamiast refleksji – pusty śmiech.