sobota, 25 marca 2017

Kto ma złoto, dyktuje zasady.

Kolejna oparta na faktach opowieść, nakręcona iście po amerykańsku, tym razem oscylująca wokół tematu pieniędzy i jednej z ostatnich gorączek złota. Nigdy nie była to dziedzina jakoś mi szczególnie bliska, warto jednak dowiedzieć się co nieco na ten temat.

"Gold", bo o nim mowa, to najnowsza produkcja Stephena Gaghana, która przenosi nas w lata 80. by opowiedzieć niezwykłą historię Kenny'ego Wellsa, wzorowanego na Johnie Felderhofie, poszukiwaczu złota z Kanady. Kenny to postać co najmniej nietuzinkowa - łysy, niezbyt zadbany koleś w średnim wieku najpierw pracuje w firmie swojego ojca, by później, już jako prezes, doprowadzić ją na skraj bankructwa. Cwaniakując i kombinując jak się da próbuje zarobić trochę pieniędzy. W rolę Kenny'ego wciela się największy wabik i, nie ukrywajmy, atut tego filmu, Matthew McConaughey, który przechodzi niesamowitą przemianę i przeistacza się w niechlujnego, popijającego whiskey grubego "dziada". Pewnego dnia Wells przeżywa olśnienie, kiedy to zapadając w pijacki sen marzy o Indonezji, która aż kipi od nadmiaru ukrytych bogactw. Z tą myślą w głowie mężczyzna wyrusza w podróż do Azji by odnaleźć poznanego przed laty sławnego na cały świat geologa, Michaela Acostę i namówić go do wspólnego poszukiwania złota w indonezyjskiej dżungli. "Szaleństwo", można by pomyśleć i nie będzie to przesada. Ryzyko jest ogromne, nakład finansowy potrzebny do rozpoczęcia prac również, panowie jednak nawiązują współpracę, która po wielu przeszkodach i trudach okazuje się być, nomen omen, żyłą złota. Życie Wellsa i Acosty zmienia się w okamgnieniu, zmieniając ich w milionerów. Jak wiadomo jednak, pieniądz szybko rodzi konflikt, panowie więc będą musieli zmierzyć się z nie lada wyzwaniami. 


Matthew McConaughey i Edgar Ramírez tworzą na ekranie ciekawy duet, ich interakcje ogląda się z prawdziwym zainteresowaniem. Sama opowieść, przyznajmy szczerze, jest niezwykle dobrym materiałem na film. Duet Wellsa i Acosty musi wiele znieść, a sama postać Kenny'ego przechodzi w filmie widoczną metamorfozę - możemy obserwować jak zmienia się jego podejście do biznesu i otoczenia, jak napływające szybko pieniądze pobudzają jego i tak rozbuchane ego, by na koniec otrzymać od reżysera prawdziwy plot twist. 

Cóż, brzmi naprawdę fascynująco, problem jednak tkwi w poprowadzeniu historii. Do postaci drugoplanowych w sumie nie można się przyczepić, choć brakuje im nieco iskry i są mocno przerysowane i spłycone. McConaughey dwoi się i troi, szaleje ze szklanką łyskacza na ekranie i, trzeba przyznać, robi to z niezwykłą charyzmą. Powiem szczerze, że mam jednak problem z określeniem o czym "Gold" właściwie miało być. Sam pomysł na fabułę wydaje się interesujący, pierwsze 30-40 minut filmu oglądam w całkowitej obojętności. Na co tak naprawdę mam tu zwrócić uwagę? Mamy tu trochę elementów komediowych, trochę ironii/satyry, trochę dramatu i filmu o męskiej przyjaźni okraszone znienawidzonym przeze mnie głosem narratora z głośników. Jeden główny wątek gromadzi wokół siebie dużo pomniejszych, przez co ciężko jest skupić się na... czymkolwiek. Filmowi zdecydowanie brakuje szybszego tempa, jak również świeżości, swego rodzaju odkrywczości - wielu krytyków porównuje "Gold" z "Wilkiem z Wall Street" Martina Scorsese, który w niezwykle ironiczny sposób pokazywał zepsutą i zdegenerowaną stronę bycia bogaczem. Zakończenie zdecydowanie ratuje honor filmu i sprawia, że nie traktuję go jako stratę czasu. "Gold" nie jest jednak arcydziełem, o którym będę myśleć jeszcze długo.

sobota, 18 marca 2017

Fantastyczny Kapitan i jego ferajna.

"Captain Fantastic" to film, po którym tak naprawdę nie wiadomo czego się spodziewać. Aktualnie na ekranie, ma niestety duże szanse na przejście bez większego echa. Ekscentryczny, ale przy okazji przemyślany obraz Matta Rossa okazuje się być mieszanką najróżniejszych emocji, która w bardzo trafny sposób prócz uśmiechu na twarzy wywołuje w głowie skrajne uczucia i zmusza do refleksji.

A do czynienia mamy z sytuacją co najmniej... nietuzinkową. Ben (genialny Viggo Mortensen), hipis o długiej brodzie i szalonych ciuchach, żyje ze swoją rodziną w lesie. Dzieci polują, wspinają się po skałach, w wolnym czasie ćwiczą sztuki walki i szlifują białą broń, którą posługują się wyśmienicie. Internet, telefony, telewizja i ogólnie szeroko pojęta "cywilizacja" są im obce. Ben jest dla nich trenerem i swego rodzaju mentorem. Surowym okiem szkoli swoje siedmioro pociech z zakresu fizyki, astronomii czy historii. Przy okazji dba też o to, by nie miały braków w edukacji i wyrażały się poprawną angielszczyzną. Każdego traktuje tak samo i stara się szczerze odpowiadać nawet na najbardziej krępujące pytania. Z początku to całe życie wydaje się przerysowane, dziwaczne, przypomina prawdziwą hipisowską komunę (które nadal powstają nie tylko w USA) i niekoniecznie do nas przemawia, z czasem jednak wszystko staje się coraz bardziej klarowne. Nikt nie chodzi smutny, nie ma śladów przemocy, ferajna wydaje się prawdziwie szczęśliwa. Wszyscy członkowie rodziny stanowią niezwykle kolorową i nietypową całość.

Utopia Bena zostaje w pewnym momencie wystawiona na próbę - próbę chyba najtrudniejszą w jego życiu. Jego rodzina musi wyrwać się z leśnych ostępów, zmierzyć się z nieznanym i wyruszyć w podróż do cywilizacji. I tu pojawia się wątek, który stanowi największą wartość filmu: Ben w przeszłości świadomie odrzucił wartości i zasady, którymi rządzą się kapitalistyczne Stany Zjednoczone, jego dzieci jednak nie mają o nich zielonego pojęcia; wychowane w buszu znają podstawy samoobrony i esperanto, jednak w zderzeniu z kuzynami z miejsca przegrywają, ponieważ nie wiedzą co to coca-cola czy adidasy. Strzelanie z łuku czy recytowanie Karty Praw nie sprawdza się w "prawdziwym świecie", a najstarszy z synów (świetnie zagrany przez George'a MacKaya) skonfrontowany z przypadkową dziewczyną na campingu sprawia wrażenie kompletnie oderwanego od rzeczywistości. Kiedy jedna z córek pyta dlaczego ludzie w banku są tacy otyli można pomyśleć: "co to za szaleństwo, czy to jakiś żart?". "Captain Fantastic" trafnie zestawia elementy humorystyczne z dramatycznymi: w jednym momencie stawia przed nami refleksję na temat współczesnego świata, by za chwilę pokazać ucieczkę busem po autostradzie.


Co wspaniałe, "Captain Fantastic" nie daje nam jasnej odpowiedzi, co jest dobre, jak powinniśmy się zachowywać. Nie prawi morałów, nie udziela kazań. Zderzając nas z dwoma tak bardzo odmiennymi światami (nonkonformizm Bena kontra "reszta świata") toruje drogę refleksjom i otwiera przestrzeń na dyskusje i przemyślenia. Dzieci, choć związane z ojcem i przyzwyczajone do swojego dzikiego stylu życia, nie mogą świadomie odrzucić kapitalistycznych wartości, bo nie wiedzą nawet na czym one polegają. Z kolei cywilizowany świat zostaje brutalnie przez Rossa zrównany z ziemią, obnażając wszelkie jego wady. Niesamowite starcie dwóch kompletnie odmiennych perspektyw, choć udane, czasem zostaje przejaskrawione do granic możliwości, co nieco burzy percepcję filmu, niemniej, nie odbiera przyjemności z seansu.

To bardzo mądry film z mądrym (choć może wydawać się, że banalnym) przesłaniem - dobro dziecka powinno być dla rodzica najważniejszym i niepodważalnym priorytetem. Ben ostatecznie musi skonfrontować się z rzeczywistością, która, choć tak bardzo przez niego znienawidzona, jest potrzebna jego dzieciom do odróżnienia dobra od zła. "Captain Fantastic", mimo iż nieco naiwny i dość przerysowany pokazuje życie w utopii, która, stojąc w opozycji do znanego nam co dzień świata, demaskuje jego największe wady. W zalewie ostatniej mierności, która króluje w kinach i nie oferuje nic interesującego, to jeden z ciekawszych filmów, który zdecydowanie polecam.

czwartek, 9 marca 2017

Natura przeciwko przemocy.

Agnieszka Holland podzieliła w tym roku sukces Tomasza Wasilewskiego i odebrała na festiwalu w Berlinie statuetkę Srebrnego Niedźwiedzia za swój film "Pokot". Zeszłoroczny triumfator, jak można przeczytać na blogu, wrażenie wywarł na mnie raczej negatywne, z ciekawością jednak podchodziłam do nowej produkcji Holland.

A produkcja to nie byle jaka: oparta na książce Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych" historia przenosi nas do przepięknej Kotliny Kłodzkiej, która dzięki odpowiedzialnej za zdjęcia Jolancie Dylewskiej wygląda niezwykle malowniczo i stanowi jeden z najważniejszych atutów tego filmu. Miejscem akcji jest maleńka wioska bez nazwy, tzw. "wygwizdowo", w którym czas mija się niespiesznie i nie oferuje większych perspektyw. Najważniejsze osobistości w mieścinie to oczywiście mężczyźni czyli np. ksiądz, komendant policji, prezes bliżej nieokreślonej instytucji, etc. Ważnym elementem w życiu mieszkańców są polowania, które według kalendarza łowieckiego dzielą się na różne miesiące - wyżej wymienieni mężczyźni wiodą prym w tym "sporcie", chwaląc się w ten sposób swoją władzą i udowadniając swoją męskość. Przeciwko nim staje Janina Duszejko, emerytowana pani inżynier, która dorabia na nauce angielskiego i wraz ze swoimi psami stara się żyć w swojej maleńkiej chatce w zgodzie z naturą. Co chwilę zgłasza nieodpowiednie zachowania myśliwych na policję, ostrzega o wnykach, składa donosy. Duszejko to postać zdecydowanie nietuzinkowa, a w oczach większości to wręcz wariatka - nic dziwnego, że nikt nie traktuje jej poważnie. Życiem mieszkańców wstrząsa seria tajemniczych morderstw. Nasza ekscentryczna bohaterka otoczona równie dziwacznymi przyjaciółmi stara się zwrócić uwagę policji na nietypowe ślady, która z ogromnym trudem poszukuje sprawcy niezwykle wysublimowanych zbrodni.


To wszystko miało zadatki na ciekawy thriller o dość niespotykanej tematyce, Holland popełnia jednak parę istotnych błędów, które kompletnie niszczą odbiór filmu. Agnieszka Mandat nigdy nie należała do moich ulubionych aktorek, a jej dziwaczny ton głosu dodatkowo wzbudzał we mnie irytację. Jej postać została przejaskrawiona do tego stopnia, że zamiast pomyśleć nad jej psychiką, motywacją, widz z pobłażaniem obserwuje na ekranie krzyczącą i rzucającą się dziwaczkę, która co jakiś czas obdarza nas swoimi wizjami i przepowiedniami prosto z tarota. Bohaterowie drugoplanowi są wprowadzani z prędkością światła i w niezwykle dużej ilości, przez co nie ma możliwości choćby zastanowić się nad którymkolwiek z nich. Listonosz, ksiądz, właściciel fermy, pracownica second handu, żona prezesa, szalony informatyk, czeski entomolog... nowe osobistości zmieniają się jak w kalejdoskopie nie klejąc się w żaden sposób z fabułą i nie tworząc z nią jakiejś logicznej całości. Ekscentryczni wyoutowani przyjaciele Duszejko pasują do siebie jak kwiatek do kożucha, a dodatkowe wątki zawarte w dialogach (jak choćby poezja Blake'a, historia Matogi granego przez Wiktora Zborowskiego czy przeszłość Dyzia - Kuby Gierszała) nie mają szansy odpowiednio wybrzmieć.

Mimo natłoku wątków film po prostu nuży. Trwający ponad dwie godziny seans ma stanowić (w moim mniemaniu) o bezsensie zabijania zwierząt, o życiu w harmonii z przyrodą, przez większość czasu odczuwam jednak niewykorzystanie potencjału - tak jakby Holland sama zgubiła się w tym, co chciała opowiedzieć i przez to rozpoczęła kilka(naście) różnych pobocznych wątków, które w trakcie seansu są sukcesywnie porzucane. Żadna z postaci nie wzbudza mojej najmniejszej sympatii, ba, zainteresowania. Absolutnym strzałem w stopę jest zakończenie rodem z tanich hollywoodzkich filmów akcji. Sposób jego wprowadzenia i rozwiązania tajemniczych morderstw jest tak nieprzekonujący, że aż kłuje w oczy. "Pokot" można potraktować jako jeden z kolejnych filmów do odhaczenia, nad którym nie warto nawet się zatrzymać.

czwartek, 2 marca 2017

Kochać i być kochanym.

"Moonlight" miałam okazję zobaczyć już na tydzień przed galą rozdania Oscarów. Niemniej zamieszanie (zamierzone bądź nie, nie wnikam) na niedzielnej uroczystości zmusiło mnie do zastanowienia się nad tym czy jest to film w istocie "Oscarowy" i napisania o nim parę słów. Oczywiście, nie od dziś wiadomo, że nagrody Akademii nie są wyznacznikiem świetności danej projekcji, a nagroda często wędruje do kogoś ze względów politycznych czy też społecznych. "Moonlight" Barry'ego Jenkinsa otrzymał 3 statuetki, w tym tę najważniejszą, dla najlepszego filmu. Ale czy jest to faktycznie najlepszy obraz jaki można było zobaczyć w minionym roku?

"Moonlight" czyli "blask księżyca" - to słowo kluczowe dla zrozumienia istoty całej fabuły. Jeden z bohaterów powołując się na zasłyszany kiedyś cytat mówi, że "czarni chłopcy w blasku księżyca wydają się niebiescy" a kolor ten stanie się barwą przewodnią w filmie. Jenkins nie jest nowicjuszem, ma za sobą już kilka produkcji - tym razem jesteśmy obserwatorami dorastania chłopca z Miami, Chirona, który od najmłodszych lat poszukuje swojej tożsamości w świecie, w którym nie ma miejsca na słabość. Film podzielony jest na trzy akty, każdy z nich przybliża inny okres życia Chirona. "Little" skupia się na jego dzieciństwie, w którym schronienie i bezpieczeństwo odnajduje nie u matki-narkomanki, lecz u Juana (Mahershala Ali również ze statuetką za najlepszą rolę drugoplanową) i jego dziewczyny. "Chiron" pokazuje okres dorastania, czasy szkoły średniej, najtrudniejszy i chyba jeden z najważniejszych etapów w życiu młodych ludzi. Chłopak bez słowa znosi szykany i oddaje wszystkie oszczędności matce, która w zatrważającym tempie stacza się na samo dno nałogu. Ostatni z aktów, "Black", to czas dorosłości: Chiron dokonując w swym życiu pewnych wyborów odcina się całkowicie od społeczeństwa, zachowując kontakt jedynie z tą, która wyrządziła mu największą krzywdę.

Każda z trzech części ma swoje mocne strony; przede wszystkim już sam podział uważam za udany zabieg, umożliwiający lepsze zgłębienie każdego z etapów życia chłopaka i pokazujący jego ewolucję. Bardzo dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa wpasowuje się w każdą ze scen. Ujęcia są mocno zróżnicowane: raz dostajemy trzęsienie kamerą na wszystkie strony, by za chwilę obserwować konkretne slow motion. Jenkins skupia się też na twarzach, pokazując nam co chwilę któregoś z bohaterów. Całość przypomina bardzo długi ładny teledysk, w którym główną rolę odgrywa kolor niebieski a akcja w dużej mierze dzieje się w nocy.


Jest w tym filmie coś melancholijnego, nostalgicznego, jakaś taka tęsknota za byciem sobą. Przywodzi na myśl (i zapewne nie tylko mi) "Boyhood", z tą jednak różnicą, że tu wszystko dzieje się dużo szybciej. Nie można jednoznacznie określić jego głównego wątku, Jenkins bowiem chce przybliżyć wiele tematów: poszukiwanie swojej tożsamości, brak stabilności i opieki od najmłodszych lat, nierówności społeczne, zróżnicowania kulturowe. Przede wszystkim skupia się braku miłości i odkrywaniu swojej orientacji. Chiron nie jest w stanie wyrwać się z toksycznego związku z matką, a namiastki domu szuka u Juana i Teresy. Jedyna osoba, do której żywi głębsze uczucia odtrąca go - chłopak nie widzi więc wyboru, tworzy więc wokół siebie mur i zamyka na jakiekolwiek relacje.

Oprócz melancholii i pięknych zdjęć nie znajduję jednak w tym filmie niczego... szczególnego? Te wszystkie tematy są ważne, są potrzebne, wydaje się jednak, że "Moonlight" wpada prosto w schematy i stereotypy, a wątki homoseksualne nie sprawią, że się im wymknie. Dialogi są jak wycięte z szablonu. Matka-narkomanka, która kocha swego syna, ale niszczy go, bo nie umie zapanować nad nałogiem? Groźny gangster, który pod pokrywą mięśni skrywa emocje i wrażliwość? Uciekając na siłę od banału najprościej w nim utknąć. Z filmów walczących o Oscara ten jest mi w sumie najbardziej obojętny, bo choć nie brak mu zalet (głównie technicznych), nie wykorzystuje w pełni skrywanego w sobie potencjału.