czwartek, 10 sierpnia 2017

"W tym ocaleniu było jednak zwycięstwo..."

Rok 1940, operacja "Dynamo". Setki tysięcy żołnierzy Zjednoczonego Królestwa stłoczonych na francuskiej plaży czeka na pomoc. Dom jest praktycznie w zasięgu ręki, można zobaczyć wybrzeże majaczące gdzieś w oddali. Sparaliżowane wojska ostatnimi siłami chwytają się resztek nadziei. Jeden z najważniejszych momentów II wojny światowej uchwycony został tym razem w kamerze (kamerach, i to IMAXa) samego Christophera Nolana. Brytyjski twórca sięga do przeszłości i, w swoim specyficznym stylu, angażuje do produkcji swoich ulubionych artystów, jak na przykład Cilliana Murphy'ego czy Hansa Zimmera by przedstawić nam ten znany, choć może nie do końca zgłębiony przez kinematografię, epizod z lat 40.


Możemy przyjrzeć się kilku wątkom rozgrywanym zarówno na lądzie, jak i w powietrzu. Kilkoro bohaterów wybija się na tle żołnierskiej masy, m.in. pan Dawson grany przez Marka Rylance'a czy też Tom Hardy w roli pilota spitfire'a. Mimo tego, że widzimy wiele postaci i pokazane mamy interakcje między nimi, paradoksalnie to nie one są w "Dunkierce" najistotniejsze. Wręcz przeciwnie, stanowią jedynie tło dla wydarzeń, które dzieją się wokół nich. W tej produkcji nie skupiamy się na ich przeszłości, losach, marzeniach. Mają za zadanie obnażyć okrucieństwo wojny, pokazać różne postawy i sposoby postrzegania ewakuacji francuskiego wybrzeża i wojny samej w sobie. Co znaczy dla nich poświęcenie, patriotyzm, ojczyzna? Co ciekawe, wroga, czyli Niemców, tak naprawdę nie widać, czujemy jednak ich obecność, strach przed ich nadejściem. I mimo, że główny akcent nie pada na aktorów występujących w filmie, są oni nadzwyczaj dobrze dobrani. Świetna rola Cilliana Murphy'ego pokazuje, że jest to jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych aktorów.

"Dunkierka" to produkcja, w której praktycznie brak słów, a jeśli jakieś już padają, są one istotnym dla reszty opowieści elementem.. Tak jak wspomniałam, to nie aktorzy i ich losy grają tu pierwsze skrzypce. Nolan chce zwrócić naszą uwagę na obraz, wiele rzeczy dopowiada dźwiękiem, jakąś ciekawie zrealizowaną sceną, a nie dialogiem. To niesamowite uczucie - przeżywać tak mocno i osobiście obraz, w którym zdjęcia i dźwięk mówią same za siebie. Reżyser uwypukla w ten sposób uczucie niepokoju i strachu: strachu przed porażką i przede wszystkim przed śmiercią. Dodatkowym ogniwem podkręcającym emocje u widza jest wybitna ścieżka dźwiękowa. Hans Zimmer plasuje się w mojej osobistej czołówce wybitnych kompozytorów - tym razem przechodzi samego siebie. Jego utwory przenikają na wskroś, wchodzą do głowy i wybijają (dosłownie!) czas do ewakuacji. Każdy dźwięk ma w tym filmie znaczenie, ma zaznaczyć swoją obecność i dać wyraz horrorom jakie przeżywali brytyjscy żołnierze stojąc bezradnie na plaży.

Niewątpliwym atutem "Dunkierki" jest brak chronologii i pocięte wątki. Nolan po raz kolejny bawi się i manipuluje czasem jako konceptem i pokazuje, że wyśmienicie mu to idzie, tak jak w "Incepcji", "Memento" czy "Interstellarze". Świetnie wykonany zabieg nie tylko przekazuje nam daną historię w kompletnie nowy sposób, ale również stanowi ważny symbol i przedstawia wojnę jako swoistą metaforę chaosu i bezładu, w którym brak jest miejsca na zadumę, zawahanie. Trzy linie czasowe przedstawione w filmie wydają się z początku być ułożone "byle jak", później jednak jesteśmy w stanie dostrzec ich logikę, ich dążenie do połączenia się pod koniec opowieści. Reżyser równocześnie zagina czasoprzestrzeń i obnaża prawdę na temat jednego z najważniejszych epizodów II wojny światowej.


Nolan nie pierwszy raz pokazuje jak dobrym jest reżyserem. Wprawdzie jego poprzednie produkcje nie były wolne od wad (i to całkiem poważnych), jednak tu zarówno wybór tematu jak i sposób przekazania go publiczności to strzał w dziesiątkę. Dawno nie widziałam w kinie tak dobrze zrealizowanego filmu, tak smutnego, a jednocześnie dającego nadzieję. "Dunkierka" to obraz niesamowicie mądry, pozbawiony przytłaczającego chaosu, który męczył mnie choćby w "Interstellarze". Jest to dla mnie absolutny must see, obraz, do którego z pewnością jeszcze wrócę, nie dla samych wrażeń wizualnych, lecz dla historii, dla tej poruszającej opowieści o człowieku i jego wartościach, o strachu, niepewności i zwyczajnym pragnieniu życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz