wtorek, 1 sierpnia 2017

Anoreksja pod kontrolą.

Netflix (w tym również wersja polska) już od jakiegoś czasu wypuszcza pełnometrażowe filmy pod swoim szyldem, niektóre promowane jako bardziej niezależne, inne trochę mniej. Od jakiegoś czasu na platformie miał pojawić się ważny film. Film zapowiadany jako przełomowy, przerażający, ogólnie dający do myślenia. Od 14 lipca dostępny jest dla subskrybentów Netflixa, tak więc i ja postanowiłam zobaczyć o co tyle szumu z komentowanym "To the bone" w reżyserii Marti Noxon.

Można z całą pewnością stwierdzić, że produkcji o anoreksji jest już na rynku wiele, choć i tak mniej niż o innych zaburzeniach psychicznych jak choćby schizofrenia czy depresja. Wydaje mi się, że ciągle traktujemy to schorzenie jako temat tabu, coś o czym niekoniecznie się rozmawia, mimo faktu, że dotyka coraz więcej młodych osób obu płci. To straszliwa choroba zbierająca ogromne żniwo, której osobiście chyba sama do końca nie jestem w stanie pojąć. Netflix wydaje się korzystać z okoliczności i tworzy film "na czasie" - żyjemy bowiem w czasach skrajności, w których z jednej strony z okładek czasopism spoglądają na nas wychudzone modelki, a z drugiej na całym świecie debatuje się na temat coraz bardziej otyłych dzieci i nastolatków. Twórczyni "Aż do kości" oparła historię na własnych doświadczeniach, można więc spodziewać się obrazu realistycznego (i przy tym drastycznego).


Bohaterkę Ellen (Lily Collins) poznajemy już w zaawansowanym stadium choroby. Dziewczyna ma za sobą wiele interwencji i hospitalizacji, jej rodzina chwyta się dosłownie wszystkiego i po raz kolejny zapisuje ją do znakomitego specjalisty, dr Beckhama (Keanu Reeves). Ten kieruje ją do specjalnego ośrodka, w którym to razem z kilkoma innymi podopiecznymi poddaje się terapii.  To ma być jej ostatnia szansa na powrót do zdrowia. Na miejscu poznajemy perypetie nie tylko głównej bohaterki, ale też innych osób znajdujących się w ośrodku. 

Ellen cechuje widoczna niechęć do otoczenia połączona z kompletnym zrezygnowaniem. Daje upust swoim zdolnościom artystycznym udostępniając depresyjne treści na Tumblrze. Reżyserka pokazuje jej małe obsesje, które składają się na całość jej zaburzenia: skrupulatne liczenie kalorii, intensywne ćwiczenia, pilnowanie, by obwód ramienia nie przekroczył konkretnej cyfry. Dziewczyna niknie w oczach, wydaje się jednak, że nie robi to na niej żadnego wrażenia. Sesje terapeutyczne z rodziną również nie przynoszą skutku, choć pokazują przy tym ciekawą perspektywę rodziny bohaterki. Zderzenie dwóch przeciwstawnych światów - macochy oraz matki Ellen - oraz przyrodniej siostry Kelly, która czuje jakby nie miała własnego życia, oferuje widzom przekrój różnych punktów widzenia. Wspomniana Kelly opowiada jak jej koleżanki naśmiewają się z głównej bohaterki. Macocha swoją nadgorliwością pokazuje, że mimo różnic charakteru bardzo jej zależy. Matka mieszka w Phoenix z inną kobietą i, choć mało obecna, zapewnia o swoich uczuciach. Aż do końca nie wiadomo czy dziewczynie uda się przezwyciężyć tę straszliwą chorobę i podjąć walkę z samą sobą.

Prawdę mówiąc, ciężko jest połapać się tak naprawdę gdzie znajduje się przyczyna problemu (czy jest to wada czy zaleta filmu? nie potrafię stwierdzić). W międzyczasie poznajemy też historie kilku innych mieszkańców ośrodka, wątki zaczynają się więc mnożyć aż w końcu nie wiadomo, na którym powinniśmy się najbardziej skupić. Trzeba jednak przyznać, że to do jakiego stanu doprowadziła się Lily Collins zasługuje na podziw. Jej grze aktorskiej również nie można nic zarzucić. Reszta aktorów stanowi bezpieczne tło dla historii Ellen i pokazuje, że choroba nie pomija żadnej grupy społecznej. Keanu Reeves sprawdza się w swojej roli bezpośredniego, ale oddanego swojej pracy lekarza. 

Cały seans przetrwałam w skupieniu, nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że "Aż do kości" nie wstrząsnęło mną tak, jak powinno. Całość przedstawiono w dość lekkiej formie, nierzadko przerywanej elementami humorystycznymi, a nawet wątkiem miłosnym. Noxon stworzyła film, który może i porusza, ale nie na długo, i nie wszystkich. Wydaje mi się, że głównego targetu produkcji, czyli osoby między 16 a 20 rokiem życia nie zaszokuje to, co zobaczą na ekranie. A powinno. Bo anoreksja to choroba przerażająca, taka, przed którą powinno się ostrzegać. Nie mówię o stworzeniu moralitetu, dokumentu, który ma być puszczany na lekcji wychowawczej, ale o filmie, który znajdzie czas na refleksję nad psychiką anorektyka, nad motywami, które nim kierują, bez zbędnych wątków pobocznych. "Aż do kości" miało potencjał na naprawdę dobrą produkcję. Może to polityka Netflixa, a może brak pomysłu sprawił, że seans jest ciekawy, jednak nie mogę pozbyć się odczucia, że to mimo wszystko pozycja bezpieczna, prosta w odbiorze. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz